Skip to main content

Indie: wszystkie powody, dla których pokochasz kuchnię Kerali

Biorąc pod uwagę mój ambiwalentny stosunek do curry obawiałam się nieco, że w Indiach będę chodzić głodna. Curry nigdy jakoś mnie specjalnie nie porwało, głownie dlatego, że większość smakuje dla mnie tak samo, a w dodatku przynajmniej połowa wypala mi twarz. Ale przecież Indie to nie tylko curry, liczyłam więc na doznania smakowe innych dań. Skoro czytacie tego posta, to już pewnie wiecie, że z głodu w Indiach nie umarłam. Co więcej, było pysznie! Kuchnia Kerali różni się od pozostałych indyjskich stanów choćby obecnością wołowiny w menu, ale nie tylko. Zabieram Was w małą, kulinarną przygodę po Krainie kokosa, jak tłumaczy się nazwę Kerali. 

O tym jak w ogóle znalazłam się w Kerali przeczytasz w poprzednim poście pt. „Kerala Blog Express #4 – przygoda życia w Indiach„, a jeśli szukasz praktycznych porad o podróżowaniu do Kerali zajrzyj do „Indie: Kerala – informacje praktyczne 2017„.

Kraina tysiąca smaków

Jakiś czas temu zapytałam na moim profilu na Facebooku, z czym kojarzą się Indie osobom, które nigdy tam nie były. Większość odpowiedzi sprowadzała się do kolorów i smaków, co jest zrozumiałe i właściwie dość ze sobą połączone. Indie, a Kerala w szczególności, słynną z przypraw, a te przyprawiają o zawrót głowy, również pod kątem kolorystycznym, nawet takiego laika w sprawie gotowania jak ja. Kerala nazywana jest (poza Krainą kokosa czy Krainą Boga) Krainą przypraw, ponieważ od wieków handlowała nimi z Europą, a także dużo wcześniej ze starożytnymi cywilizacjami, nawet 1500 lat p.n.e. Podczas gdy z Zachodu na wschód Jedwabnym szlakiem przewożono ziarna, wino, miedź czy żelazo, szlakiem przypraw ze Wschodu na Zachód wędrowały pieprz, kardamon, cynamon oraz kawa i herbata. Tutejsza kuchnia, mimo upływu czasu, nie zmienia się: od składników, przed sposób przygotowywania dań po sposób ich podania. Choć w dużej mierze serwuje się tu dania wegetariańskie, krowa nie jest w Kerali święta i znajduje się w menu nie rzadziej niż kurczak czy ryby.  To jak, zgłodnieliście?

Śniadanie w Kerali

Pierwszy posiłek w ciągu dnia zwykle sprawia mi wiele problemów w Azji Południowo-Wschodniej, ponieważ nie mogę jeść ryżu na śniadanie. Po prostu mi to przez gardło nie przejdzie. Nie musi to być zaraz kanapka z masłem i żółtym serem, ale nie może to być ryż. Na szczęście w Kerali było zupełnie inaczej i na śniadanie miałam niesamowity wybór smakowitości. Do moich ulubionych pozycji na śniadanie należały m.in. dosa, czyli cienkie jak papier naleśniki wyrabiane z soczewicy i mąki ryżowej, smażone na płaskiej blaszce z dodatkiem ghi (masła klarowanego), niekoniecznie z sosami chutney czy sambarem, które widzicie na zdjęciu poniżej. Serwowane zrolowane lub w kształcie stożka.

Łakomczuchy na pewno zgodzą się ze mną, że wszystko, co zostało zanurzone w głębokim tłuszczu jest boskie, prawda? Dokładnie! Dlatego od pierwszego wejrzenia pokochałam krążki vada (zwane również medu vada albo uzhunnu vada), wyrabiane z mąki z ciecierzycy (besan, urad dal) i mąki ryżowej z dodatkiem szalotek, zielonego chilli, imbiru, liści curry i wrzucane na głęboki olej. Ach cudowne! Serwowane na śniadanie lub jako przekąska do popołudniowej herbaty. Na śniadanie zajadałam się również bananami na parze (nenthra pazham puzhungiyathu), podczas gdy idli (zwane również iddly) – gotowane na parze okrągłe, spłaszczone kluski w kształcie bułeczek składające się ze sfermentowanej soczewicy urad i mąki ryżowej czy cebulowe placki oothappam (zwane również uthappam) jakoś niespecjalnie przypadły i do gustu. Wszystko to widzicie na pierwszym zdjęciu.

Na śniadanie świetnie sprawdził się prawdziwy przysmak Kerali: ada (lub ela ada), czyli przygotowywana na parze paczuszka z ciasta z mąki ryżowej ze słodkim wypełnieniem np. z brązowego cukru, zawinięta w liść bananowca. Ada podawana jest na śniadanie lub jako wieczorna przekąska. Prawdzie śniadanie Kerala-style to również appam (zwany równeż palappam), czyli naleśniki z mąki ryżowej w kształcie miseczki. Serwowane tradycyjnie z warzywnym gulaszem, kadala curry czy kokosowym chutneyem mnie oczywiście najlepiej smakowały bez niczego. Appam podaje się również jako dodatek do dań obiadowych.

Sadya

Sadya w języku malajalam oznacza bankiet, ucztę, nic więc dziwnego, że posiłek na liściu bananowca serwuje się podczas ważnych uroczystości w Kerali, jak na przykład wesela. Mnie udało się zjeść w ten sposób obiad aż dwa razy podczas mojej indyjskiej przygody. Przede wszystkim tradycyjnie sadya spożywa się, siedząc na matach na podłodze, ze skrzyżowanymi nogami, a je się rękami, dokładniej jedną z nich – prawą (lewa w Indiach uważana jest za nieczystą). Ostrzegam jednak, gdy raz nauczycie się jeść bez użycia sztućców, to szybko wejdzie Wam to w krew. Zwykle sadya składa się z 24-28 dań wegetariańskich. W centrum naszego liścia znajdzie się gotowany ryż serwowany z różnymi dodatkami zwanych razem KootanSą to różne rodzaje curry jak parippu, rasam czy sambar oraz kaalan (gęste danie na bazie jogurtu, kokosa oraz np. plantana warzywnego), avial (gęsty mix warzyw z kokosem, doprawiony olejem kokosowym i liśćmi curry), piklowane mango czy czipsy z plantana. Na talerzu pojawia się również puri, czyli chrupiący dodatek do dań obiadowych, rodzaj przaśnego chleba, smażony w głębokim oleju. Puri kładzie się na kupce ryżu z curry i rozgniata ręką, co lepiej wiąże ze sobą danie i pozwala łatwiej utrzymać je w palcach w drodze do ust. Na deser w oddzielnej miseczce czy pucharku podaje się tradycyjny keralski deser pajasam, o którym za chwilę. Po skończonym posiłku talerz należy złożyć, a przed wstaniem od stołu zapytać o pozwolenie najbliżej siedzące nas osoby.

To co na obiad?

Choć po takiej uczcie każdy obiad wydaje się już potem zupełnie zwyczajny, wierzcie mi, można się jeszcze dać zaskoczyć. Jak już wspomniałam na początku, curry nigdy nie było zbytnio bliskie memu sercu i choć zjadłam wiele rodzajów w Kerali, dziś nie umiem powiedzieć Wam, które smakowało mi najbardziej. Kluczowy był poziom pikantności, który po jakimś czasie testowaliśmy na sobie, tzn. jedna osoba nakładała sobie trochę curry i jeśli po chwili nie rzucała się na wodę czy cokolwiek było pod ręką do picia, znaczy można było również sobie nałożyć.

Zawsze, jednak jeśli coś było zbyt pikantne, z pomocą przychodził chleb, który zwykle pomagał zneutralizować palenie w ustach. Do wyboru mamy w tej materii: paratha (lub inaczej parotta), który przygotowuje się z razowej mąki pszenicznej i smaży na ghi lub oleju, naan, czyli płaski chleb drożdżowy z białej mąki oraz chapati, cienkie placuszki z przaśnego ciasta z mąki pszennej, wody i soli. Te ostatnie miałam nawet okazję przygotować sama – tymi ręcami – podczas rejsu po rozlewiskach Alapuzzha, kiedy kucharze zgodzili się wpuścić nas do kuchni.

Kerala na słodko

Tak jak trudno mnie uwieść w innych częściach Azji Południowo-Wschodniej deserami (no, może poza niebieskimi lodami w Chiang Rai w Tajlandii), tak w keralskich słodkościach zakochałam się od pierwszego kęsa. Najbardziej smakował mi pajasam (payasam, zwany również khir w innych częściach Indii), czyli deser na bazie ryżu i mleka podawany na ciepło (lub na zimno, choć mi bardziej smakował zawsze na ciepło), z kardamonem, rodzynkami, i orzechami.

Poza tym, absolutnie fantastyczną przekąską na słodko okazał się smażony plantan (banan warzywny) w cieście, czyli pazham pori. Warto spróbować również typowo keralskiego specjału kozhukatty, rodzaj słodkiej kluski, taki knedelek trochę, z mąki ryżowej wypełniony nadzieniem z tartego kokosa i trzciny cukrowej. Podawany do śniadania lub popołudniowej herbaty. Bardzo fajna przekąska. Oczywiście niezawodne są bananowe czipsy, które osobiście mogę zjeść na kilogramy, szczególnie że w Indiach zwykle nie są one tak słodzone, jak te, które można kupić w Polsce. Na deser świetnie sprawdzi się laddu, czyli małe kulki z pureé z ciecierzycy w syropie oblepione kawałkami migdałów i orzechów.

Napoje

Macie jeszcze siłę na coś do picia? Niekwestionowaną królową w Kerali jest dla mnie masala chai, czyli herbata z mlekiem i dodatkiem masala – przyprawy, która nadaje herbacie niepowtarzalny smak. Choć każda rodzina ma swój przepis na chai, zwykle używa się mieszanki kardamonu, cynamonu, imbiru, pieprzu i goździków.

Drugim najpopularniejszym napojem w Kerali jest oczywiście, jak na Krainę kokosa przystało, woda kokosowa, którą uzyskuje się z młodych, niezupełnie dojrzałych owoców kokosa. Z jednego można uzyskać od 200 ml do nawet litra półprzezroczystego płynu. Najefektowniej wygląda podana wprost z owocu, z którego potem można wyjeść również miąższ, jednak na co warto zwrócić uwagę to nieszczęsne plastikowe słomki. Jeśli przebywacie w Kerali dłużej, poszukajcie słomek wykonanych z bambusa i używajcie ich wielokrotnie. Kerala, choć to najczystszy indyjski stan, nie potrzebuje więcej śmieci, z resztą jak żadne inne miejsce na świecie.

I jak? Co Wam najbardziej by posmakowało w Kerali? A może macie swoje osobiste hity kuchni tego regionu? Dajcie znać.

A jeśli spodobał Wam się ten tekst zróbcie użytek z tych przycisków poniżej i podzielcie się ze znajomymi. Będzie mi miło, a może i oni dowiedzą się czegoś ciekawego?

27 myśli na temat “Indie: wszystkie powody, dla których pokochasz kuchnię Kerali

  1. Mam tak samo ze śniadaniem, ryż po prostu nie wchodzi w grę. Dose w Indiach pokochałam ! Zresztą co nie zjedliśmy w Indiach to nam smakowało, tam nie było niczego co byłoby nie dobre. Albo było dobre albo przepyszne:)

  2. Obłędnie wyglądają te wszystkie dania! Jednocześnie widać, jak bardzo różnią się Indie między regionami. Podróżując po północy większość z tych dań po prostu nie poznałem. Mam nadzieję, że jednak nadrobię, bo mamy obecnie ogromną ochotę wrócić z żoną do Indii, głównie dla… kulinariów właśnie! Pozdrawiam! 🙂

  3. I jak ja się cieszę, że Mama zamiast schabowego podawała mi specjaly kuchni indyjskiej 😀 Może improwizacje, ale jednak! Kocham, uwielbiam i mega smacznie w tej Kerali! Z wołowiną trochę jestem w szoku, no ale co stan to obyczaj. Masala chai piję praktycznie każdego dnia, ale na pewno ta cała indyjska kuchnia u nas w Europie nie będzie tak aromatyczna jak tam. No, a poza tym na Islandii jest dostępnych dużo więcej produktów indyjskich niż w Polsce, więc w ogóle jestem prawie w raju 😛 Super wpis! Idę gotować moje curry :D.

  4. Nie tak dawno miałam okazję spędzić kilka dni u znajomych hindusów. Nigdy wcześniej nie miałam okazji być żywiona od rana do nocy domową kuchnią indyjską więc cóż… było to dla mnie ciężkie przeżycie. Na śniadanie poha, na obiad curry, na kolację chapati z czymś co również smakowało jak curry. Masala chai (choć nie dodawali goździków więc nazwa pewnie inna) ratowało mnie z opresji, bo faktycznie mi smakowało 😉 Natomiast gdy dostałam na śniadanie tosty i puszkę ghee (w ramach śniadania europejskiego…) po prostu wstałam i poszłam do sklepu po rzeczony ser żółty 😉 Przyznam szczerze, że byłam zaskoczona tym, że naprawdę bardzo się męczyłam.

  5. mnie indyjska kuchnia bardzo odrzuca. miałam okazję spróbować jej w Malezji i niestety, ale te ciężkie zapachy do mnie nie przemawiają. ;( w samych Indiach nie byłam i raczej nieprędko się wybiorę, gdyż po ostatnim wyjeździe bardzo zwracam uwagę na jedzenie w danym państwie i obawiam się, że indyjskie mi nie podejdzie.

    1. Z całym szacunkiem, ale to tak jak byś spróbowała włoskiej albo tureckiej kuchni w Polsce i tylko na tym opierała swoje zdanie o nich… Żeby spróbować kuchni indyjskiej trzeba w tym celu jechać do Indii i już, nigdzie nie zjesz bardziej autentycznej. Ponadto kuchnia Kerali jest tak różnorodna, co starałam się pokazać w powyższym tekście (czyżby nie skutecznie?), że nawet jak się nie lubi ostrej kuchni (tak jak ja) to można pojeść. Polecam nie uprzedzać się do krajów czy ich kuchni, zanim się jej spróbuje. Pozdrawiam!

  6. To niesamowite jaka różnorodność dań jest w tym kraju! I tak jak podejrzewałaś – nie da się czytać z pustym żołądkiem! 😀 Choć aktualnie zamiast surowego banana tak chętnie zjadłabym tego na parze ze zdjęcia ;). Będąc na Sri Lance, wydawało mi się, że można tam posmakować sporo z indyjskiej kuchni, ale teraz widzę, że nie jest to nawet namiastka tego, co jest w Kerali! ♥ No i muszę jeszcze dodać, że te słomki w Azji doprowadzają mnie do szału… wciskają je wszędzie – w sklepach, przy straganach, garkuchniach itd… i potem dookoła pod nogami ten plastik! Ja zawsze wyjmuję i mówię, że mam swoją, choć bambusowej jeszcze nie miałam 😉

  7. Przyznam szczerze, że trochę mnie pocieszyłaś 🙂 Myślę o podróży do Indii w przyszłym roku, ale właśnie mam spore wątpliwości, także ze względu na jedzenie. Bo z reguły nie najlepiej znoszę zmianę kuchni. I też jak byłam w Birmie dobijał mnie ten przesyt ryżem, choć jakoś się przyzwyczaiłam, ale przyznam, że zaczęłam tęsknić za kanapką na śniadanie 😉

  8. Szczerze? Uwielbiam curry właśnie. Z tego co wymieniłaś w poście zjadłabym z chęcią wszystko, bo bezglutenowe (w pierwszej kolejności kozhukattę). Byłoby więc tego sporo. Nieważne, że smażone w głębokim oleju:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *