Skip to main content

Indie: Kerala – trekking w Munnar pośród plantacji herbaty

Kiedy w 2011 roku schodziliśmy ubłoceni po pachy z jakiejś góry w Malezji, pośród Wzgórz Cameron obiecałam sobie, że nigdy więcej nie idę na trekking. To nie dla mnie! Kto to w ogóle wymyślił, żeby w tropikach wspinać się po górach? O mały włos nie wyzionęłam po drodze ducha. O nie, nigdy w życiu! Jak to się więc stało, że w Indiach, konkretniej w cudownej Kerali, siedzę na szczycie góry zwanej Phantom’s Head, jakieś 1900 metrów nad poziomem morza i ponad 400 metrów nad obozem, gdzie poprzedniej nocy spaliśmy w namiotach, i jestem najszczęśliwsza pod słońcem? A to dlatego, że… nigdy nie mów nigdy!

Nie wiem jak Wy, ale mnie jakoś Indie szczególnie z górskimi wspinaczkami się nie kojarzą, kiedy więc zaledwie kilka dni po przylocie do Kerali na 4. edycję Kerala Blog Express usłyszeliśmy, że mamy się spakować w góry, byłam pełna obaw. Oczywiście, wiedziałam, że mam zabrać trekkingowe, jednak kiedy pot leci po tyłku od 4 dni podczas zwiedzania Koczin czy pływaniu po rozlewiskach Alapuzzha, jakoś nie wyobrażasz sobie trekkingu. Wspomnienia z Malezji wracają, przed oczami ciemnieje i myślisz, że nie ma takiej opcji, żeby to się udało. Kiedy jednak po czterech godzinach jazdy drzwi autokaru otwierają się w okolicach górskiego Munnar, raptem kilka kilometrów przed obozem Kalypso Adventures, ponieważ musimy przesiąść się do mniejszych jeepów, czuć przyjemny chłodek. I co najważniejsze – nie jesteśmy w kolejnym klimatyzowanym hotelu.

Pod namiotem w Indiach

O ile trekking miałam gdzieś z tyłu głowy pakując plecak i odpowiednie buty, o tyle spanie w namiocie były już dla mnie zupełną niespodzianką, jakże przyjemną odmianą po tych wszystkich luksusach, jakimi organizatorzy Kerala Blog Express nas raczyli przez pierwsze dni. Do obozu przyjeżdżamy wieczorem, jest już dość późno, wiele nie widać, po prostej kolacji z grilla przy ognisku szybko ewakuujemy się do naszych namiotów. Szybka toaleta w warunkach polowych, tj. ciepła woda w wiadrze oraz szorowanie zębów pod gwizdami i lądujemy w naszym przestronnym, trzyosobowym namiocie. Zawinięta w śpiwór zasypiam jak dziecko. Dopiero rano możemy podziwiać nasz obóz i jego rozmiary.

Trekking w Indiach, czyli droga na szczyt

Po szybkim śniadaniu i zajęciach zespołowych, które służą nam za rozgrzewkę, jesteśmy gotowi do drogi. Jestem trochę spięta czy sobie poradzę, ale Stefy, nasza przewodniczka z ramienia Kalypso Adventures pociesza mnie, że będzie moment, kiedy można zawrócić, jeśli ktoś nie poczuje się na siłach. Ta myśl trzyma mnie w ryzach, kiedy idziemy pod górę asfaltową drogą, jednak tylko do czasu, gdy okazuje się, że szczyt, który było widać z obozu to … nasz szczyt. W dodatku asfaltowa droga szybko się kończy i to jest ten moment na odwrót. No, trochę nie wypada się wycofać, zaciskam więc zęby i zaczynamy wspinaczkę. Raz jest bardziej stromo, raz mniej, staram się trzymać na końcu, żeby nikt nie dyszał mi na kark, jednak w pewnym momencie okazuje się, że ostatni będą pierwszymi – grupa wyrwała za mocno do przodu i musi zawrócić. Ja mam dzięki temu czas, by samotnie pokonać dość strome podejście i poczekać na resztę ekipy. Każdy przystanek to piękne widoki, w oddali widać plantacje herbaty, i okoliczne wzgórza, w końcu jesteśmy na terenie rezerwatu Idukki. Kolejne dwa etapy ponownie postanawiam pokonać w samotności, najlepiej mi się wtedy idzie, kiedy nikt nie narzuca mi tempa.

Atak szczytowy a tam krowa

Kiedy jestem pewna, że oto przede mną ostatni odcinek, że zza zniesienie na które się wspinam wyrośnie szczyt z krzyżem, który widziałam z dołu, moim oczom ukazuje się … krowi pysk. Wierzcie mi, krowa była równie zdziwiona jak ja. Niewielkie stado przyszło sobie w te okolice, tylko z drugiej, mniej stromej strony, by sobie podjeść. Patrzymy się na siebie nieufnie, choć zapewniam na głos, że nie mam złych intencji, i wymijamy się szerokim, jak na te warunki łukiem. Przez myśl przebiega mi, że skoro krowa dała radę, to ja chyba też powinnam? Daje jeszcze kilka kroków i oto jestem na górze nazywanej Phantom’s Head, w okolicy Suryanelli. Padam na trawie i tym razem już czekam na resztę, zanim ruszymy dalej. Widoki są obłędne.

Plantacje herbaty w Munnar

O ile Indie generalnie słyną z produkcji herbaty, to Munnar wiedzie w tym temacie prym w Kerali. Nazwa Munnar oznacza dosłownie „trzy rzeki”, co całkowicie oddaje charakter tutejszego krajobrazu: górskie zbocza pokryte herbacianym dywanem, przecięte płynącymi w dole rzekami. Samo miasto i najbliższa okolica położone są na wysokości około 1500 metrów nad poziomem morza, co gwarantuje przyjemnie ciepły klimat nie tylko mnie, ale przede wszystkim licznym plantacjom herbaty w tym rejonie. Pokonanie później 26 kilometrów, jakie dzielą obóz Kalypso Adventures z miastem zajmuje nam ponad 3 godziny, ponieważ kręte drogi, niekiedy szerokie na jeden autobus nie pozwalają rozwinąć większej prędkości niż 40 km/h. Jednak widoki są warte każdego dreszczyku emocji, gdy zbliżamy się do krawędzi, albo zza rogu wyjeżdża równie wielki, jak nasz autokar, lokalny autobus.

Ze szczytu schodzimy już grupą, delikatnie i bez pośpiechu. Zbocze jest dużo łagodniejsze, od tego, którym się wpinaliśmy, za to jeszcze bardziej malownicze, ponieważ przechodzimy przez plantację herbaty, dosłownie ścieżkami między krzewami. Zieleń herbacianego dywanu, który sięga niemalże po horyzont, jest obezwładniająca. Wydaje mi się, że żadne zdjęcie, które robię po drodze, nie oddaje choćby w połowie tego, co widzę.

Łącznie cała przygoda zajęła nam około czterech godzin i nie była aż tak męcząca, jak mogłoby się wydawać. Polecam wybrać się w dobrych trekkingowych butach, najlepiej wysokich za kostkę, długie, bawełniane legginsy sprawdziły się idealnie, podobnie jak przewiewna koszula i bejsbolówka. Niestety rano byłam tak zaaferowana wymarszem, że zapomniałam użyć kremu z filtrem, czego pożałowałam jeszcze tego samego wieczora, a kolejne dwa dni dla moich przedramion, karku oraz końcówek uszu były … bardzo bolesne. Nie popełnijcie mojego błędu i nasmarujcie się czymś przeciwsłonecznym, wydaje się, że w Munnar jest tak przyjemnie i niezbyt gorąco, ale słoneczko robi swoje.

Jak powstaje herbata?

Na plantacjach niegdyś pracowały wyłącznie kobiety, które ręcznie zbierały każdy liść herbaty, jednak w Munnar to już dawno nie obowiązuje, na plantacjach pracują również mężczyźni, a w przyzakładowych przedszkolach bawią się dzieci. Dziś do zbierania herbacianych liści – tylko tych jaskrawozielonych z wierzchu – używa się specjalnej maszynki, która wygląda trochę jak połączenie sekatora z workiem, do którego wpadają listki. Krzewy trzeba regularnie przycinać do 1,2-1,5 metra, ponieważ gdy urosną zbyt wysokie niewygodnie zbierać z nich listki oraz herbata podobno nie jest już tak dobra. Krzewy ścina się do zera co 3 – 5 lat i sadzi nowe, natomiast liście zbiera się kilka razy w roku.

Oczywiście zebranie herbaty to dopiero pierwszy etap, następnie herbata transportowana jest do fabryki, gdzie poddawana jest obróbce: miażdżeniu, mieleniu, utlenianiu, walcowaniu i wreszcie suszeniu, tak by herbata mogła trafić do pudełek. Historię oraz poszczególne etapy produkcji możecie obejrzeć w Muzeum Herbaty na obrzeżach Munnar (KDHP Munnar, Nullatanni, Munnar, Kerala 685612).

Początki herbaty w Munnar

Era herbacianych plantacji rozpoczęła się w 1870 roku wraz z Brytyjczykami, konkretnie jednym takim Johnen Danielem Munro, rezydentem królestwa Travancore, który odwiedził miejsce w ramach rozstrzygania sporu granicznego między Travancore a pobliskim stanem Madras. Piękno otaczającej go przyrody nie tylko zwaliło go ponoć z nóg, ale również przyniosło pomysł na biznes. Munro dogadał się z rodziną królewską Poonjari i wydzierżawił od nich pierwsze akry pod uprawę herbaty. W 1879 roku zawiązał Stowarzyszenie Plantatorów i Rolników, którego członkowie kultywowali nie tylko herbatę, ale również kawę czy kardamon. Jednak bardzo szybko porzucono je, by skupić się na herbacie, która stała się głównym produktem regionu. W 1895 roku firma Finlay Muir & Company wkroczyła na herbacianą scenę w Munnar, wykupując 33 obszary pod uprawę herbaty. W 1924 roku Munnar i okolice nawiedził niszczycielski monsun, który nie tylko zniszczył uprawy, ale i pochłonął życie pracujących na plantacjach robotników. Jednak upór i determinacja lokalnej ludności przyczyniły się do odbudowy plantacji i przywróceniu ich do stanu sprzed naturalnej katastrofy w zaledwie kilka miesięcy. W 1964 roku znana nie tylko w Indiach lokalna firma Tata nawiązała współpracę z Finlay Muir & Company, następnie przekształcając się w Tata Tea Ltd. w 1983 roku. W 2005 roku pojawił się nowy gracz na rynku, Kannan Devan Hills Produce Company Pvt. Ltd., któremu Tata Tea Ltd. sprzedała swoje plantacje, jednak zastrzegając, że udziały w nowej firmie muszą zostać częściowo przekazane pracownikom. I faktycznie do dziś w rękach pracowników jest spora część udziałów, mogą oni decydować o rozwoju i przyszłości firmy, tym samym zapewniając sobie i przyszłym pokoleniom godne warunki pracy.

Informacje praktyczne

Trekking w okolicach Munnar warto zorganizować z Kalypso Adventures, mają kilka naprawdę fajnych tras (umówmy się, nas potraktowali lajtowo) oraz mega obóz, w którym musicie się zatrzymać. Team Kalypso organizuje również spływy kajakowe, espady rowerowe oraz rodzinne wypady. A co najważniejsze, w swoim działaniu stosuje zasady odpowiedzialnego biznesu i turystyki. Do Munnar najłatwiej dostać się autobusem, nie dojeżdża tu kolej, a najbliższe lotnisko to Koczin, oddalone o około 140 kilometrów. Przejazd autobusem z Koczin z dworca KSRTC Interstate Bus Terminus zajmuje 3,5 – 4,5 godziny i kosztuje 90 INR (około 5,5 zł). Autobusy kursują między 6:00 a 18:00. Z centrum Munnar, gdzie wysiądziecie pozostaje już taksówka, albo dogadanie się z ekipą Kalypso.

Lubicie się wspinać podczas zagranicznych wypadów? A może urzekły Was herbaciane plantacje w Munnar? Dajcie znać w komentarzu, a jeśli podobał Wam się post i uważacie, że warto się nim podzielić, skorzystajcie z kolorowych przycisków do udostępniania poniżej Zobacz też. Dziękuję!

16 myśli na temat “Indie: Kerala – trekking w Munnar pośród plantacji herbaty

  1. Evi, podziwiam całym sercem! Ja po każdej (mniejszej lub większej) wspinaczce zarzekam się, że już nigdy więcej nie będę na nic wchodziła. A potem życie weryfikuje i jak przychodzi do kolejnego wyzwania to pierwsza ustawiam się w kolejce (a ostatnia wchodzę ale to też osobna historia). Poza tym takie widoki rekompensują cały trud włożony w trasę. Sama bym się chętnie wybrała na taki trekking 😀

  2. Choć generalnie Indie mnie nie kręcą to pola herbaciane są moją słabością. Czytając o nich złapałam się na rzeczy, która lekko mnie zawstydziła: w zasadzie nigdy w życiu nie widziałam świeżych liści herbaty. Gdy myślę herbata od razu przed oczami mam suszone listki.

    1. Ja zawsze jak wracam z wyjazdu, gdzie odwiedzam takie herbaciane plantacje to sobie obiecuje: nigdy więcej herbaty z torebki, gdzie jest jakieś 3% faktycznie herbaty :O ale zawsze po jakimś czasie odpuszczam niestety 🙁 Choć za każdym razem coraz dłużej mi to zajmuje 🙂

  3. Jeśli górę widać z obozu, to jeszcze nie jest źle 😉 ja uwielbiam trekkingi! w Indiach w planach mam kiedyś wyprawę do Ladakhu, ale patrząc na te zdjęcia i to, co publikowałaś z Kerali na Instagramie, widzę, że ten region ma wiele do zaoferowania wielbicielom aktywnego spędzania czasu.

    1. Czy trekking w Munnarze jest na miarę wyprawy do Ladakhu to nie wiem 😉 Ale jedno jest pewne – Kerala oferuje mnóstwo różnych atrakcji dla aktywnych! W Wayanad przykładowo mają hopla na punkcje zipline’u. Także jest co robić 🙂

  4. Po przeczytaniu tego wpisu zaraz, już (!) wybrałabym się na taki trekking. Nie wiem, czy miałabym tyle szczęścia, żeby spotkać krowę, ale wydaje mi się, że nawet bez krowy jest to super atrakcyjna wycieczka. Szczególnie, jeśli jest jeszcze piękniej niż na zdjęciach 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *