Skip to main content

Tajlandia: Bangkok vol. 2

Do Bangkoku w tym roku wybrałam się przy okazji targów turystycznych IT&CMA. Okazja była tym większa, że zwracano nam koszty biletu lotniczego, co nie jest bez znaczenia, szczególnie w dobie kryzysu 🙂 Wiedziałam, że pewnie na miejscu spotkam jakieś znajome twarze, ale okazało się, że nastąpi to nawet szybciej, bo już na Okęciu spotkałam kumpla, który leciał dokładnie tak jak ja. Podróż samotną, nie żeby narzekała, mogłam pożegnać. Wracając do podróży: lot Austrian Airlines – w porządku, samolot w przyzwoitym stanie, tylko obsługa trochę kulała.

Dolecieliśmy do Bangkoku o czasie, niestety korki sprawiły, że do hotelu jechaliśmy ponad 2 godziny. Hotel Centara Grand położony był na terenie kompleksu handlowego Central World. Teoretycznie nowy, pięciogwiazdkowy, praktycznie dałabym mu raczej uczciwie 4*. Wieczorem od razu uderzamy na jakąś kolacje, po drodze trafiając na koncert rockowy na wolnym powietrzu. Znajdujemy sympatyczną restauracyjkę, ceny może nie zupełnie jak dla lokalesów, ale jedzenie absolutnie obłędne. Będziemy tam wracać.

Silom i Patpong

Po kolacji dołącza do nas trzeci muszkieter i uderzamy w miasto. Jedziemy na Silom, tylko moja pamięć chwilowo szwankuje i muszę dać się zaprowadzić lokalesowi na Patpong, na którym obiecałam sobie moja noga w tym roku nie postanie. Cóż, nie dało rady. Chłopaki są ciekawi 'ping pongów’ i tego typu rozrywek, więc zabieram ich do znajomego baru go go, gdzie jest zupełnie przyzwoicie. Bez większego zachwytu na twarzach kolegów opuszczamy przybytek, by znaleźć „moją” knajpę, w której świetnie się bawiłam w zeszłym roku. Otóż knajpa stoi, zespół live się nie zmienił, kelnerki też. Wracamy po północy tuk tukiem w strasznym deszczu, więc suche miałam może tylko majtki.

Wat Po

Następnego dnia strasznie trudno nam się zwlec, ale nie ma rady, bo śniadanie tylko do 10.30. Dołączają do nas dwie koleżanki i po śniadaniu jedziemy do Wat Po. Dziewczyny starają się ćwiczyć umiejętności targowania się, ale idzie im średnio. W końcu w 5 osób pakujemy się do taksówki-cztery osoby z tyłu – super wygoda w małym aucie, a to w końcu tylko 40 minut jazdy w korkach. Gdy docieramy do Wat Po łapie nas oczywiście deszcz, bo zawsze pada jak jestem w Wat Po. Zawsze.

Potem kolejno bazar z pysznościami ze straganów i Targ Amuletów (miejsce, które można sobie zupełnie z czystym sumieniem odpuścić). Po południu zaplanowane mamy z kolegą bardziej zorganizowane zwiedzanie – mianowicie rejs klongami, więc łapiemy tuk tuka i staramy się dotrzeć na miejsce zbiórki. Odkrywamy wtedy, że Tajowie mają problem z czytaniem naszego alfabetu i mimo iż pokazaliśmy wizytówkę hotelu, do którego chcemy jechać – trafiliśmy nieco gdzie indziej. Po 45 minutach jazdy w korkach mam tuk tuków absolutnie dość, z resztą to ostatni raz kiedy nimi jeżdżę po Bangkoku.

Klongi i Wat Arun

Rejs jak zwykle bardzo przyjemny (miałam okazję pływać kongami w zeszłym roku), miłą niespodzianką jest to, że możemy wejść do/na Wat Arun, która to znajdowała się w moich planach na zwiedzanie indywidualne, ale położona jest tak, że absolutnie nie jest po drodze nigdzie. Widoki wspaniałe, sama świątynia również piękna. Strome schody przypomniały mi wspinaczkę na jedną świątynie w Siem Reap w Kambodży, gdzie wchodziło się niemalże jak po drabinie.

Patpong #2

Wieczorem spotykamy się w większym gronie na Rambuttri, gdzie jak się okazuje za kilka dni będę mieszkać. Po masażach stóp i innych części ciała, paru piwach jedziemy znowu na Patpong, bowiem nowo przybyli nie widzieli. Są odważni, ponieważ wybierają z dwóch opcji ping pong show. Zgadzam się zaprowadzić pod warunkiem odpowiedniego znieczulenia. Na szczęście moi współtowarzysze okazują się mężczyznami o normalnym poczuciu estetyki i erotyki, więc szybko opuszczamy ten przybytek. W ramach rewanżu kończymy wieczór w „moim” barze, który – zdałam sobie teraz sprawę – nie wiem jak się nazywał.

Dusit ZOO

Kolejnego dnia po południu czekają mnie już pewne obowiązki służbowe, ale rano mam jeszcze wolne – jadę więc do ZOO w Dusit. Lekcja nr jeden – nigdy nie wierzyć concierge, że piechotką od metra to jest 20 minut, lekcja nr dwa – pierwszy raz się zdarza, że mapa skserowana z polskiego wydania przewodnika po Tajlandii jest dokładniejsza niż lokalna. Szłam bowiem nie 20 a 40 minut, wzdłuż jednej z większych, ruchliwych ulic, a samo ZOO było jednak nieco dalej niż przewidywała to mapa. Dlaczego chciałam tam iść? Liczyłam na białego tygrysa i pandy, ale niestety nie było. Wycieczka stała się więc bardzo wyczerpującym spacerem.

Lumpini i tajski box

Wieczorem idziemy coś zjeść na Nocny bazar w okolicach Lumpini i na tajski box. Mnie osobiście jakoś nie kręcił, w szczególności za 1000 bath od głowy, więc postanowiłam zaczekać out side. Dobiegające z ringu dźwięki w zupełności mi wystarczyły. Przyjmuje się, że muay thai wywodzi się z Tajlandii, jednakże brak jest historycznych źródeł potwierdzających jednoznacznie i ostatecznie to założenie. Pomimo tego, iż większość krajów z tamtego regionu przypisuje sobie wynalezienie tej sztuki walki, to nie ulega wątpliwości, że to właśnie w Tajlandii rozwinął on się najbardziej stając się bez mała sportem narodowym.

Tajski masaż

Kolejnego dnia niestety trzeba już się było wziąć za robotę, ale spotkania miałam tylko do lunchu. Po lunchu postanowiliśmy jechać na masaż do szkoły masażu przy Wat Po. Za 360 bath mamy godzinę absolutnie niesamowitego masażu tajskiego, chociaż powinno się to raczej nazywać „ugniataniem po tajsku”. Niekiedy na granicy bólu, ale po wszystkim człowiek czuje się jak nowo narodzony.

Khao San

Następnie długi spacer na Khao San, oczy mam dookoła głowy od tych wszystkich sklepów, straganów itd. Wtedy jeszcze wydaje mi się to fajne. Ostatniego dnia zmieniam zdanie. Wieczorem spotykamy się z chłopakami z never ending trip i do późnych godzin nocnych bawimy się w najróżniejszych klubach 🙂

Kolejnego dnia po obowiązkowej pracy oddajemy się słodkiemu lenistwu basenowemu, żegnamy część naszej ekipy, a ci co zostali udają się w dalsze wojaże. Wraz z koleżanką ruszamy na północ, do Chiang Mai.

Przystanek w Bangkoku

Kilka dni później wracam do Bangkoku i postanawiam przetestować autobusy Airport Express, a ponieważ mieszkam przy Khao San, przystanek docelowy mam bardzo blisko. Bilet tylko 150 bathów (dla porównania taksa od 450 bath), komfort – cóż autobus ewidentnie przewiduje backpacersów, bo z plecakiem po schodkach – to luz, z walizą na kółkach już gorzej. Ponieważ cały autobus jedzie na Khao San nie robimy przystanków i o dziwo w 30 minut jesteśmy na miejscu. I korków brak… Czy ja na pewno jestem w Bangkoku? Hotel Viengtai okazuje się ma ten sam adres co knajpa, w której byliśmy jednego wieczora na Rambuttri, co nie oznacza oczywiście, że to to samo miejsce. Jest raptem po drugiej stronie Rambuttri 🙂 Szyld przed hotelem donosi, że oficjalnie hotel ma 3* co potwierdza izba turystyki i tym podobne. No cóż, skoro się upierają… Pokój jest w porządku, chociaż za 40 dolców za noc spodziewałam się czegoś więcej. Po wejściu nieruchomieje, zapalam światło i rozglądam się, czy nie mam współlokatorów. Ale jest czysto, łazienka przewiduje wzrost lokalnych a nie wysokiej europejki, więc prysznic biorę w kucki 🙂 Na kolacje idę na Khao San, bo po podróży z Chiang Mai jestem trochę padnięta, poza tym następnego dnia muszę wstać o 4.30, bo jadę do tygrysów w Kanchanaburi.

Ostatni dzień w Bangkoku

Po powrocie z Kanchanaburi już tak się w sumie kręcę i snuję, bo nie ma w Bangkoku miejsca gdzie bym nie była, a być wypadało. Łażę po mieście szukając jeszcze jakiś atrakcji, zahaczam o Wat Po, bo to moja ulubiona świątynia i oczywiście spędzam tam dużo czasu, bo oczywiście pada.

Wieczorem toczę się z walizkami (bowiem nabyłam drugą drogą kupna za jakieś śmieszne pieniądze, a prezenty do dużej zmieścić się już nie chciały) na przystanek Airport Express. Poznaję Anję, uroczą dziewczynę z Izraela, z którą dzięki odpowiedniej współpracy z łatwością pakujemy nasze walizy do autobusu. Tym razem jedziemy z ponad godzinę, bo zatrzymujemy się w różnych dziwnych miejscach, jednak na samolot oczywiście się wyrabiam. Ostatnia kolacja po tajsku i lecimy do domu!

I jak Ci się podoba Bangkok? Wybierasz się niebawem do Tajlandia? Masz pytania, na które nie ma odpowiedzi w tekście? Koniecznie daj znać w komentarzu! A jeśli spodobał Ci się ten wpis i uznasz go za wartościowy, będzie mi milo, jeżeli podzielisz się nim z innymi korzystając z kolorowych przycisków poniżej. Dziękuję!
Zapraszam Cie również na mój fan page na Facebooku Kto podróżuje ten żyje dwa razy, skąd dowiesz się gdzie aktualnie jestem i dokąd się wybieram. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.