Skip to main content

Tajlandia: Kanchanaburi i Świątynia Tygrysów

UPDATE 2016: Świątynia tygrysów została zamknięta, 137 tygrysów przejęto a kilkadziesiąt martwych przeznaczonych na handel głównie do Chin znaleziono zamrożonych. Więcej informacji: http://www.national-geographic.pl/aktualnosci/nikt-nie-spodziewal-sie-takiej-tragedii-horror-w-swiatyni-tygrysow-uwaga-drastyczne

********************************************************************************
UPDATE 2013: W związku z wieloma pytaniami o Świątynię Tygrysów, głownie w kontekście pojawiających się w ostatnich latach niepokojących informacji dotyczących złego traktowania zwierząt i handlu tygrysami:
W 2008 ROKU, KIEDY ODWIEDZAŁAM ŚWIĄTYNIĘ ŻADNE TEGO TYPU INFORMACJE DO MNIE NIE DOTARŁY, NA MIEJSCU NIE ZAUWAŻYŁAM NICZEGO, CO BY MNIE ZANIEPOKOIŁO, A NA LOS ZWIERZĄT JESTEM SZCZEGÓLNIE WYCZULONA. POLAK, KTÓREGO POZNAŁAM TAM NA WOLONTARIACIE RÓWNIEŻ O NICZYM NIEPOKOJĄCYM NIE MÓWIŁ. JEDNAK TO BYŁO PONAD 5 LAT TEMU, WIELE MOGŁO SIĘ OD TEGO CZASU ZMIENIĆ. CZYTAJCIE W NECIE, PYTAJCIE NA FORACH, ZNAJOMYCH, ALE DECYZJĘ O TYM CZY JECHAĆ MUSICIE PODJĄĆ SAMI ZGODNIE Z SWOIMI POGLĄDAMI. DLA MNIE WIZYTA U TYGRYSÓW ZAWSZE POZOSTANIE NAJPIĘKNIEJSZYM WSPOMNIENIEM!

********************************************************************************

Zanim opiszę jak było w Kanchanaburi, zacznę może od tego, że wizyta w Świątyni Tygrysów i możliwość obcowania z tymi dzikimi kotami była od zawsze moim marzeniem. W zeszłym roku rozważałam nawet pojechanie tam na wolontariat, ale odłożyłam to w czasie, ponieważ nie spełniałam kryterium dotyczącego doświadczenia w opiece nad zwierzętami lub wykształcenia weterynaryjnego. Dziś już wiem, że ten warunek wcale nie jest konieczny, ale o tym za chwile.O 5.00 rano przyjechał po mnie kierowca mini vanem, Nom, absolutnie nie mówiący po angielsku. O tej porze wcale mi to nie przeszkadza, idę spać od razu, budzę się dopiero gdy robi się jasno, a my dojeżdżamy do Kanchanaburi. Po drodze zgarniamy lokalną przewodniczkę, mówiącą po angielsku tylko nieznacznie lepiej niż Nom. Jedziemy do Świątyni Tygrysów, po drodze zakupując na stacji benzynowej jedzenie dla mnichów – sprytnie popakowane kromki chleba z masłem czy dżemem. Na początku się dziwię trochę, zarówno miejscu zakupów jak i produktom. Przestaje się dziwić, gdy poznaje mnichów. Od zawsze uważałam ich za oazy spokoju, uduchowionych, niezwykłych ludzi. Tymczasem są to niezłe świry 🙂 Przyjechaliśmy nieco wcześniej, wiec zarówno ja jak i kilku mnichów czekamy na resztę.

Częstują mnie słodkim ryżem w liściu bananowca i jakimś dziwnym zielskiem do palenia. Właśnie to był ten szok: mnisi palą, chodzą do sklepów, lubią Michaela Jacksona i generalnie robią sobie z mnie jaja, jeśli nie mówią po angielsku. Gdy już wszyscy są na miejscu rozpoczynamy rytuał ofiarowania jedzenia mnichom. Paczuszki należy podawać 2 rękoma, skłaniając się przy tym nieco, każdy dostaje po jednej paczuszce, natomiast ostatni dostaje wszystko to co zostało, taki lucky winner 🙂
Następnie podpisujemy oświadczenie, że wchodzimy do Świątyni na własną odpowiedzialność, i że jeśli coś nam się stanie – to cóż… oni umywają ręce 🙂 Idziemy na śniadanie z mnichami, gdzie wkoło podestu, na którym mnisi się modlą, kręcą się tygrysiątka, 3 i 7 miesięczne szkraby. Karmimy je z butli mlekiem, bawimy się – zasadniczo należy być czujnym i uważać, bo jak butla się kończy, to człowieki są super do zabawy. Mnie to oczywiście nie przeszkadza, bowiem do kocich pazurów i zębów jestem przyzwyczajona, ale pracownicy i wolontariusze bardzo jednak dbają o to, żeby nikomu nic poważnego się nie stało. Najpierw więc jedzą koty, potem się modlimy razem z pomarańczowymi a potem i my możemy coś zjeść. Całe jedzenie, które na początku ofiarowaliśmy mnichom, trafia na jeden wspólny stół, co trzeba zostaje podgrzane i z metalowych tacek, siedząc na podłodze jemy śniadanie. Jeden z wolontariuszy to chłopak z Łodzi, z którym mam okazję pogadać nie tylko o tygrysach, ale przede wszystkim o tym jak się tu dostać na wolontariat itd. Zdradza mi kilka cennych informacji, m.in to, że nie ma ciepłej wody a pranie jest once a week. Człowiek miastowy może mieć problem. Jestem wszak człowiek miastowy. Nie gasi to jednak mojego entuzjazmu, bowiem w końcu jest tu ciepło, do cholery 🙂
Potem idziemy na spacer z 7 miesięcznymi maluchami, w stronę wybiegu gdzie potwory się bawią. Do kija przyczepiamy balon albo zwyczajny worek na śmieci i jazda! Najlepsza zabawa pod słońcem. Tygrysy już jak mają 3 miesiące są bardzo silne, o 7 miesięcznych nie wspominając. Gdy dwa potwory mnie taranują w pogoni za patykiem z trudem utrzymuje równowagę.
Po zabawie czas na kąpiel, mój maluch znosi ją dzielnie i bez obiekcji, no może płukanie nie jest najprzyjemniejsze, ale w zamian za gorącego kurczaka “w nagrodę” jakoś wytrzymuje. Oczywiście i tygrys jest mokry i ja, z ta różnicą, że on jest jeszcze czysty, ja już nie bardzo.
Pogoda niestety nie dopisała, tak jak można by sobie wymarzyć, więc co jakiś czas kropi deszcz, ale mój banan na twarzy się utrzymuje. Nie mogę się posiąść z radości, że tu jestem. Po kąpielach idziemy do najmniejszych tygrysów – kociąt ok. 3 miesiące – żeby się z nimi pobawić. Są absolutnie rozkoszne i pełne energii. Patent smycz+ torebka foliowa sprawdza się niezawodnie, ale maluchy takie są jeszcze trudniejsze do opanowania niż dorosłe, więc zyskuje najlepszą pamiątkę po tygrysach, czyli wielką szramę na ręce. Będzie co wnukom pokazywać 🙂
Po zabawie z maluchami idziemy do dużych. Dorosłe koty są niezwykle potężne i szybkie, największy w stadzie wazy ok. 500 kg. Zostajemy zamknięci w takiej pseudo klatce, zrobionej z siatki do ogrodzeń, otoczeni przez pracowników i lokalesów obserwujemy jak duże koty bawią się w wodzie. Oczywiście patent z patykiem i balonem również się sprawdza. Koty w ogóle nas jako takich olewają, raz tylko jeden największy tygrys się zagalopował i posunął w moją stronę tak, że na moment stanęło mi serce. Nie sposób nie czuć do tych stworzeń respektu, biorąc pod uwagę ich masę. Nie strachu, ale respektu właśnie.
Na koniec, kiedy wszystkie już zostają zaprowadzone na inny wybieg, możemy zrobić sobie fotkę z największym kotem, który w tym czasie, niczym pies obrabia patyk, a raczej drobną gałąź.
W drodze do domu zatrzymujemy się jeszcze w dwóch miejscach: parku słoni, gdzie możemy się przejechać na słoniach po lesie oraz przy moście na rzece Kwai. Park słoni jest miejscem klasycznie turystycznym i nie bardzo mam ochotę brać udział w show 3 letniego słonika stającego na tylnych łapach. Bardzo różni się od Sierocińca słoni w Chiang Mai, chociaż moja przewodniczka upiera się, że to funkcjonuje tak samo.
Most na rzece Kwai? Most jak most, rzeka jak rzeka. Obiekt o tyle wdzięczny dla fotografa, że pierwszy raz tego dnia wyszło piękne słońce.

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi lub komentarze? Podyskutuj, polub, dodaj +1. Dziękuję!

2 myśli na temat “Tajlandia: Kanchanaburi i Świątynia Tygrysów

  1. Fajna relacja i zdjęcia. Ja szczerze przyznam, że Świątynia Tygrysów nie zrobiła na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia. Mnie bardziej podobał się taki hmm super, chilloutowy klimat jaki panował w Kanchanaburi. Urzekł mnie również park Erawan. Generalnie z chęcią bym jeszcze wrócił kiedyś do Kanchanaburi i jego okolic 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.