Skip to main content

Tunezja: leniwe wakacje w cieniu palm

Zacznijmy od tego, że kto mnie słyszał jeszcze dwa lata temu nie uwierzyłby, że JA chcę do północnoafrykańskiego kraju. Odmawiałam konsekwentnie, od Maroka, przez Tunezję aż po sam nieszczęsny Egipt. Do tego ostatniego nadal się nie wybieram. Jakiś czas temu jednak zupełnie przypadkiem przewertowałam przewodniki o Maroku i Tunezji i nagle zaczęłam patrzeć na nie zupełnie inaczej.
Po drugie zawsze, z uporem maniaka, odmawiałam masowej turystyki. Żadnych charterów, żadnych wspólnych transferów. Żadnych wycieczek. Wszystko sama, po mojemu. Cóż jednak, ostatnie miesiące były wymagające i nawet ja dojrzałam do urlopu, że tak powiem leniwego. Nabyłam więc drogą kupna pakiet tygodniowych wakacji w Tunezji, w dodatku w ramach last minute, co jak na mnie jest naprawdę sporą nowością.

Hammamet

Hotel wybrałyśmy, bowiem na urlop zabrałam tym razem Mamę, w miejscowości Hammamet – Garden Resort & SPA. Owszem, ze dwie dekady już tam stoi, ale jest przede wszystkim czysty, a jakoś obsługi naprawdę dobra. Wspaniałe jedzenie i błogie lenistwo. Prywatna plaża, zaledwie 400 m od hotelu, jednak dwa spore ogrody spokojnie mogły pomieścić swoich gości.

Kartagina

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przeleżała plackiem cały tydzień. Nie myślcie sobie – dotychczasowe zmęczenie nie zabiło we mnie podróżnika. Po dwóch dniach błogiego odpoczynku wybrałyśmy się na całodzienne zwiedzanie – w planie: Kartagina, Sidi Bou Said oraz Tunis. Kartagina zaskoczyła mnie pozytywnie, bowiem wszyscy kazali się nie nastawiać, że nic nie ma etc. tymczasem mnie bardzo się podobało. Dobrze przygotowane do zwiedzania, całkiem nieźle zachowane. Warto zobaczyć mityczną Kartaginę.

Sidi Bou Said

Kolejne miast na trasie to Sidi Bou Said. Na Santorini swego czasu nie dotarłam, ale już wiem, że warto – jeśli Santorini jest choć w połowie tak piękne jak Sidi Bou Said. Białe dachy, niebieskie okiennice – resztą co tu dużo pisać, wystarczy zobaczyć zdjęcia. Swoją nazwę miasto zawdzięcza Abou Said ibn Khalef ibn Yahia Ettamini el Beji. Wcześniej nazywało się Dżabal al-Minar.

Tunis

Tunis jak każda chyba stolica, którą dane mi było oglądać, jest zatłoczona i zakorkowana. Ruch samochodowy jest ogromny, nawet małe do przejechania odległości zajmują masę czasu. Medina naturalnie głównym punktem programu. Po pewnym czasie wychodzi bokiem. Tytułem wyjaśnienia nie urodziłam się wczoraj, żebym miała tracić czas na targowanie się (którego z resztą nie znoszę, toleruję w wydaniu azjatyckim) o rzeczy, które mogę w świętym spokoju kupić w sklepie za rozsądne pieniądze, bez oddechu sprzedawcy na plecach. Tak, ja wiem ich kultura to religia i handel, ale są przy tym tak nachalni, że można się pociąć. Jak już w końcu usłyszałam po polsku, że jestem niezła dupa – szlag mnie trafił.

Skarby Sahary

Kolejnego dnia ruszyłyśmy, tu niestety wycieczką zorganizowaną (grr wrr omg) na Saharę. Po drodze oczywiście wszystkie perełki: El Jem, Matmata, Douz. W drodze z Matmaty do Douz po środku absolutnie niczego, tak z 70 km do naszego punktu docelowego autokar odmówił posłuszeństwa i padł. Staliśmy na pustyni z dobrą godzinę. Nie powiem, emocje były, gdzie nie spojrzeć piach, całe szczęście podjechał w końcu po nas drugi autokar, który zdążył już zawieźć ludzi do Douz.

El Jem

Inaczej Al-Dżamm, to miasto założone na ruinach rzymskiego Thysdrus w pobliżu dawnego miasta punickiego. W 689 było ono ośrodkiem antyarabskiego powstania Berberów. Największą atrakcją jest tu amfiteatr stanowiący najbardziej spektakularną rzymską budowlą w Afryce Północnej. Zachował się w lepszym stanie niż rzymskie Koloseum i jest trzecim co do wielkości amfiteatrem na świecie.

Matmata

Matmata słynie z wydrążonych w skałach domostw troglodytów, które są udostępnione do zwiedzania turystom. Na południu miejscowości znajduje się tzw. Kraina ksarów – ufortyfikowanego osiedla berberyjskie na szczytach wzgórz. Większość mieszkańców porzuciła swoje domostwa i przeniosła się ok. 20 km na północ do Nowej Matmaty – wsi założonej przez władze tunezyjskie w celu odciążenia przeludnionej osady. Pozostali, w coraz mniejszym stopniu żyją z uprawy małych pól i hodowli zwierząt (za wikipedią).

Douz i Wielbłądy

Douz zwane jest „Bramą pustyni” i właściwie jest to dosłowne ujęcie tematu. Mamy bowiem jasny mur z arabską bramą a dalej tylko więcej piachu… Pomimo opóźnienia związanego z przymusowym postojem na pustyni, wielbłądy jeszcze na nas czekały.  Opatuleni szczelnie w beduińskie szmaty jedziemy w kierunku zachodzącego słońca. Jeździłam już na różnych stworzeniach i nie spodziewałam się, że akurat wielbłądy przypadną mi do gustu, ale mile się rozczarowałam. Wielbłądy są wygodne i przemiłe. Nigdy nie sądziłam, że coś tak prostego sprawi mi tyle frajdy. No, może gdyby nie ten cholerny piach. Pamiętajcie, nigdy nie jechać w szkłach kontaktowych na pustynię…

Jezioro Chott el Jerid

Wieczorem zajechaliśmy do małego hoteliku w Douz, który również pozytywnie mnie zaskoczył – 3 gwiazdki pośrodku, no cóż – niczego, był bardzo czysty i przytulny. Straszna szkoda, że byliśmy tam jakieś 5 h, bowiem o 3:00 ruszaliśmy na wschód słońca nad słonym, wyschniętym jeziorem Chott el Jerid. Jezioro stanowi największy słony obszar na Saharze, liczący według różnych źródeł od 5000 km² do 7000 km² powierzchni. Ze względu na ekstremalne warunki klimatyczne, średnie roczne opady sięgające zaledwie ok. 100 mm i temperatury dochodzące do 50 °C, woda wyparowuje z jeziora. W miesiącach letnich jezioro wysycha niemal zupełnie. Do ciekawostek należy fakt, że jezioro zostało wykorzystane na plener serii filmów Gwiezdne Wojny (za wikipedią).Widoki były obłędne i zdecydowanie było warto wstać tak rano, wysuszone jezioro Chott el Jerid robi naprawdę niesamowite wrażenie. Różnorodność kolorów, piach po horyzont … bajka.

Chebika

W drodze powrotnej zajechaliśmy do Chebiki – pięknej oazy, z fantastycznymi skałami – choć nazywanie tego tunezyjskim „wielkim kanionem” czy „Niagarą Tunezji” to grube nadużycie. Niemniej jednak było bardzo przyjemnie. Ponieważ odmówiłyśmy udziały w absurdalnym pomyśle tłuczenia się w 7 osób za małym na to jeepem po pustyni do jakiejś makiety miasteczka z filmu Gwiezdne wojny na jakieś 3 godziny miałyśmy okazję przekonać się, jak tu się żyje gdy turystyka odjeżdża. Czekałyśmy sobie w jakiejś tam prawdę miniaturowej miejscowości na resztę autokaru: na stacji benzynowej zjadłyśmy śniadanie wyniesione z hotelu, obejrzałyśmy lokalnego Idola, wzbudziłyśmy generalnie małą sensację (bo czemu one nie na pustyni tylko tu? No cóż, samochód generalnie w domu mam, jak bym się chciała wytrząść na wertepach wystarczy wyjechać na miasto, a Gwiezdne wojny – no fajnie, ale bez przesady, nie będę za to dodatkowo płacić! GUPIA nie jestem :D) W każdym razie, znalazłyśmy nasz autokar i kierowcę, z którym po krótkiej obserwacji kóz latających wolno po miasteczku i wyżerających śmieci, pożarciu worka świeżych migdałów, udałyśmy do punktu zbiórki. Niedługo potem wróciła reszta autokaru i bez złośliwości, każdy bez wyjątku prezentował inny, ale jednak, odcień zieleni 🙂 A przed nami jakby nie było jeszcze kawał drogi do domu.

Kairouan

Ostatnim przystankiem było święte miasto islamu, Kairouan. Nazwa miasta pochodzi od arabskiego kairuwân – oznaczającego obóz wędrownych nomadów. Kairuan to jedno z pierwszych miast Afryki Północnej, które trwale opanował islam. Dzięki wielu tkalniom dywanów, firmom tekstylno-odzieżowych, zakładom wyrobów tytoniowych Kairuan jest ważnym miastem gospodarczym Tunezji. Dodatkowym źródłem dochodów jest turystyka zagraniczna. Są tu zlokalizowane kompleksy hotelowe i liczne zabytki udostępnione dla zwiedzających (za wikipedią).

Wielka szkoda, że spędziliśmy tam dosłownie kilkanaście minut, bo myślę, że to miejsce jest naprawdę ciekawym miastem. Nie tylko meczet, cmentarz. Świetne są boczne uliczki, ze sklepami – tak sklepami, nie bazarem! 🙂 Choć bazar oczywiście też jest.

Targowanie się w Tunezji

Bazary, targowanie się i ta cała handlarska natura Arabów to, poza tajską kuchnią w tunezyjskim wydaniu, chyba jedyny poważny minus tego kraju. Do białej gorączki doprowadzało mnie wieczne zaczepianie, pokazywanie, targowanie się o każdą głupotę. A jak już w Tunisie usłyszałam, że ze mnie „niezła dupa” – po polski – szlag mnie trafił i byłabym przylała, gdyby mnie matka nie pociągnęła za sobą. Już pierwszego dnia ustaliłyśmy, że bazarowego barachła nie kupujemy, przez cały pobyt oglądamy „co tu w ogóle ciekawego mają”, a na koniec jedziemy do Hammamet Jasmin do sklepu i kupujemy cośmy sobie upatrzyły. Za normalne ceny, bez oddechu sprzedawcy na plecach. Żadnych paskudnych róż pustyni, piasku w butelkach itp. Ktoś powie 'ale to element kultury, pominęłyśmy, oszukujemy”. No cóż – racja. Tylko, że jakoś nie zamierzam się tym przejmować 🙂

I jak Ci się podoba Tunezja? Wybierasz się niebawem? Masz pytania, na które nie ma odpowiedzi w tekście? Koniecznie daj znać w komentarzu! A jeśli spodobał Ci się ten wpis i uznasz go za wartościowy, będzie mi milo, jeżeli podzielisz się nim z innymi korzystając z kolorowych przycisków poniżej. Dziękuję!
Zapraszam Cie również na mój fan page na Facebooku Kto podróżuje ten żyje dwa razy, skąd dowiesz się gdzie aktualnie jestem i dokąd się wybieram. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.