Skip to main content

Birma, nie Myanmar

Podróżowania po Birmie nie da się oddzielić od jej sytuacji politycznej. Ten piękny kraj od ponad 40 lat znajduje się pod przygniatającą władzą wojskowego rządu i nie należy o tym zapominać. To nie kolejny wakacyjny cel podróży czy moda. Birma jest wymagająca dla jej odwiedzających, ale kto się odważy – pozna jeden z najpiękniejszych krajów Azji Południowo-Wschodniej. Birma nie była wyborem przypadkowym, zainspirowały nas piękne zdjęcia podczas azjatyckiego tygodnia w Warszawie. Ludzi i krajobrazy to to, co nas przyciągnęło. Następnie po zgłębieniu historii i obecnej sytuacji tego kraju nie miałam już wątpliwości, że tam właśnie chce pojechać. Z przyjaciółką wyruszyłyśmy więc w nieznane…

Pierwsze od 20 lat “wolne” wybory w Birmie

Nasza wizyta zbiega się z pierwszymi od 20 lat “wolnymi” wyborami. Tak przynajmniej chce junta, by widział je świat. W rzeczywistości niestety z wolnością i demokracją nie będą one miały wiele wspólnego. Jaka jest Birma naprawdę? Piękna, nieco dzika, jej mieszkańcy to najbardziej serdeczni ludzie, jakich spotkałam podróżując po Azji. Birma jest pasjonująca i niezwykle zróżnicowana, ale przede wszystkim bardzo biedna. I choć nasza wyprawa być może nie zmieniła od razu zbyt wiele dla jej mieszkańców, to wierzę, że im więcej osób dowie się o Birmie i jej sytuacji, im więcej oczu zwróconych będzie właśnie na nią, prędzej czy później stanie się wolnym i demokratycznym krajem.

Birma (Myanmar) graniczy z Tajlandią, Chinami, Laosem, Indiami i Bangladeszem. Zajmuję powierzchnię dwukrotnie większą niż Polska, ale mieszkańców ma jedynie 10 mln więcej. W 1989 roku rząd wprowadził szereg zmian na pokaz głównie w nazwach geograficznych: zamiast Birmy – Myanmar, Rangun – Yangon czy Pagan – Bagan. Odwiedzający Birmę musi panować nad językiem i czy chce, czy nie używać nowych, oficjalnych nazw, by nie sprowadzić na siebie niepożądanej uwagi władz. Kolejną zmianą było wprowadzenie ruchu prawostronnego, choć wszystkie auta od dziesięcioleci przystosowane były do ruchu lewostronnego. Do dziś duże autobusy wymagają pomocnika kierowcy, który na zakrętach sprawdza możliwość wykonania najprostszych manewrów na drodze.

Organizacja i trasa wyjazdu

Nasza wyprawa częściowo była organizowana na własną rękę, częściowo z pomocą lokalnej agencji turystycznej. Dlatego w każdym z miejsc mamy zorganizowane: auto z kierowcą, anglojęzycznego przewodnika i spanie. Ponieważ jak już wspomniałam, podróżowanie po Birmie jest wymagające dlatego polecam wsparcie lokalnych biur. Trasa na 9 dni: Yangon – Bagan – Amarapura – Mandalay – Jezioro Inle – Pindaya – Yangon

Pierwsze godziny w Birmie

Pierwszy raz do Yangonu docieramy po zmroku (po 18.00) i miasto nie sprawia wrażenia przyjaznego. Zanim jednak pewnie mogłyśmy postawić pierwsze kroki w Birmie załatwić należało wizę, tak zwaną VOA – visa on arrival. Różni się to od standardowej VOA tym, że owszem – wklejana jest do paszportu po przylocie, ale wystąpić o nią należy dużo wcześniej. Przed przyjazdem (3-4 dni) otrzymuje się potwierdzenie od odpowiednich władz, na podstawie którego do Birmy można wylecieć i które gwarantuje nam uzyskanie wizy na lotnisku na 28-dniowy pobyt. Koszt takiej wizy wraz z pośrednictwem wynosi 85$. Jest oczywiście możliwość załatwienia wizy w konsulacie, jednak w Polsce nie ma placówki dyplomatycznej Birmy, najbliższa znajduje się albo w Niemczech, albo w Bangkoku (jeśli przez to miasto wylatujemy do Birmy). Droga z lotniska zajmuje nam ok. 40 min (przejazd taksówką kosztuje ok.5$).

Dwie kobiety wchodzą do baru

Po zakwaterowaniu się, wymianie pieniędzy (bez problemów można to zrobić w hotelu 1$=1000 kyatów) i pierwszym kontakcie z Internetem, głodne wyruszamy w poszukiwaniu pożywienia najlepiej z dala od turystycznych zakątków. Po krótkim krążeniu wokół hotelu trafiamy idealnie – lokalny bar, gdzie nikt nie mówi po angielsku i w ruch idzie język migowy “chcę T-O i T-O i P-I-W-O duuuuże”. Jeden z gości trochę mówi po angielsku, więc pomaga nam się uporać z rachunkiem, a przy okazji ciekawi go skąd jesteśmy. Generalnie przez cały pobyt w Birmie wszyscy się na nas gapili, tak, tak – nie patrzyli – gapili się. Z ciekawości oczywiście. Nie chodziłyśmy do turystycznych miejsc, więc należało się z tym liczyć. Z czasem zupełnie do przywykłyśmy, miałyśmy nawet takie swoje powiedzonko, widząc zdziwione miny gości danego lokalu: “Tak, tak dwie europejskie baby wchodzą do baru”. Na dodatek piły piwo i paliły papierosy. Nie do końca mieściło im się to w głowie. Birmańskie kobiety owszem, piją piwo, ale raczej w miastach niż na wsi, natomiast prawie w ogóle nie palą.

Birmańska kuchnia

Kuchnia birmańska to mieszanina kuchni hinduskiej, chińskiej i tajskiej. Urzekło nas i zaskoczyło zarazem, gdy w lokalnej restauracji w Mandalay zamówiłyśmy curry z kurczakiem, a w zamian otrzymałyśmy talerz ryżu i 6 miseczek z najróżniejszymi dodatkami. Oczywiście nie bardzo wiedząc co do czego, metodą prób i błędów próbowałyśmy dopasować kolejne elementy tej układanki i tym sposobem, jak później dowiedziałyśmy się od naszego przewodnika, do curry włożyłam sobie zieleninę z zupy, która w zupie powinna pozostać. Tak czy owak, mieszałyśmy jak leci i koniec końców nawet się najadłyśmy.
Także w kuchni króluje oczywiście ryż i wszystkie odmiany curry, a także makarony z warzywami lub mięsem (przypominające trochę tajskie pad thai) oraz zupy. Ważna jest również herbata i kawiarnie. To bardzo ważny element życia towarzyskiego i istotny punkt dnia. W kafejkach obowiązkowo na stole stoją termosy z zieloną herbatą i maleńkie miseczki do jej picia. Można również zamówić herbatę ze śmietanką – smakuje wybornie i bardzo dobrze wypić ją po posiłku lub żeby się trochę obudzić.
Jeśli chodzi o inne napoje Birma może poszczycić się bardzo dobrym piwem “Myanmar”, choć oczywiście o mocy znacznie słabszej od polskich piw. Jako ciekawą przegryzkę do piwa polecam prażony bób. Coca cola i Sprite w powszechnym użyciu, choć o zmienionym (moim zdaniem na lepsze) smaku. Ważna jest również whisky – lokalna marka Grand cieszy się wśród panów dużą popularnością podczas wieczorów w barach. Dużo się tu jednak nie pije, ponieważ kłóci się to z zasadami buddyzmu. W przypadku używek należy wspomnieć o cherootach – długich i mocnych papierosach, przypominających raczej cygaretki wyrabianych z liści i tytoniu. Jest jeszcze betel, który mężczyźni żują tu dość powszechnie. I choć zarzekać się będą, że żują liście tej rośliny dla zdrowia (zabija pasożyty, odkaża i pobudza) to czarne zęby i spluwanie potem czerwoną śliną jest dość.. no cóż obrzydliwe.

Bagan – świątynie po horyzont

Z samego rana wyruszamy do Bagan – starożytnego miasta Birmy, położonego nieco ponad godzinę lotu od Yangon, nad rozległą rzeką Irrawaddy. Atmosferą przypominał mi Siem Rep i Angkor Wat w Kambodży. Piaszczyste drogi, rozległe zielone pola, a na nich rozsiane tysiące świątyń i pagod. Choć Birma starała się o przyjęcie tego miejsca pod skrzydła UNESCO, sytuacja polityczna kraju spowodowała odrzucenie ich wniosku. A wiele świątyń wymaga konserwacji, aby przetrwały dla przyszłych pokoleń. Najwygodniej poruszać się tu rowerem, choć samochód oczywiście sprawdza się tu równie dobrze. Wypożyczenie roweru na cały dzień to koszt ok. 3$, samochodu z kierowcą = 40=45$. Odradzam piesze zwiedzanie z powodu dość dużych odległości.
Bagan jest magiczne jak bajkowa kraina, szczególnie o zachodzie słońca. Zdecydowanie lepiej czułyśmy się w krajobrazie wiejskim niż miejskim. Zmierzch zapada tu dość szybko – ok. 18.00, dlatego dotarcie po zmroku na kolację do ‘restauracji’ położnej w szczerym polu było nie lada wyzwaniem. Obiecałyśmy to jednak pracującemu tam chłopcu, którego poznałyśmy podczas popołudniowego spaceru po mieście i słowa musiałyśmy dotrzymać. Interes oczywiście rodzinny, każdy przyszedł się z nami przywitać. Nie dość, że przyjęli nas niezwykle ciepło, to jeszcze zjadłyśmy jedną z lepszych kolacji.

Jacy są Birmańczycy?

Ludzie to obok piękna przyrody i krajobrazów, to najistotniejszy aspekt wizyty w Birmie. Są niezwykle ciepli i serdeczni, są również bardzo ciekawi. Turysta stanowi dla nich niekiedy jedyny kontakt ze światem zewnętrznym. Charakterystycznym elementem ubioru mężczyzn są longyi, przypominające trochę sarong, chusty/spódnice noszone wokół bioder, związane fikuśnym supłem – niezbyt trwałym, bo wiecznie go sobie poprawiają. Na wsiach prawie wszyscy mężczyźni je noszą, w miastach tradycja powoli zdaje się zanikać.
Małżeństwa w Birmie, podobnie jak u nas inaczej zawierane są na wsiach inaczej w miastach. Na wsiach ludzie poznają się targach czy festiwalach (bardzo je lubią). Jeśli chłopak chce się żenić, jego rodzice muszę uzgodnić to z jej rodzicami. Jeśli między nimi jest zgoda, młodzi biorą ślub mniej więcej po tygodniu – miesiącu narzeczeństwa, przeważnie będąc w wieku 16-17 lat. Kwestia dzieci też tu wygląda inaczej niż w mieście – 10 potomstwa to standard. W miastach jest już inaczej, ludzie najpierw kończą szkoły, pobierają się po studiach, mniej więcej do 30 roku życia i mają zwykle 3-4 dzieci.
Szkolnictwo niestety nie jest zbyt dobrze rozwinięte w Birmie. Szkołę dzieli się na 3 etapy:
  • szkoła podstawowa 3-letnia, obowiązkowa z 3 przedmiotami: birmańskim, angielskim i matematyką
  • szkoła średnia, do której idą dzieci, jeśli stać na to ich rodziców, gdzie dochodzą: biologia, fizyka, historia ogólna i historia Birmy
  • studia na uniwersytecie – dostępne wyłącznie w miastach, drogie, ale zasadniczo nieułatwiające znalezienia lepszej pracy.

Czy warto odwiedzić Mandalay?

Nowe, międzynarodowe lotnisko w Mandalay, drugim co do wielkości mieście, położone jest 40 km od centrum miasta. Droga, o dziwo, nie jest tak tragiczna i jedzie się całkiem sprawnie. Naszym celem jest Amarapura (11 km od Mandalay), dawna stolica Birmy. To tu znajduje się 150-letni most U Bein – najdłuższy (1200 m) tekowy most na świecie. Robi naprawdę duże wrażenie, szczególnie w silnym słońcu lub o jego zachodzie. Amarapura od wieków słynie z wyrabiania jedwabiu i można kupić tu naprawdę piękne szale czy koszule, mając pewność co do ich oryginalności. Przyuczenie do zawodu tkaczki trwa ok. 2 lat. Jednokolorowe szale wyrabia się 3-4 dni, jeśli pojawia się więcej kolorów – produkcja może potrwać kilka miesięcy.

Przed powrotem do Mandalay zaglądamy jeszcze do największego klasztoru dla mnichów. Przeważnie to mnisi wychodzą do miasta/wiosek codziennie rano po jałmużnę, dziś jednak to mieszkańcy przynieśli jedzenie do klasztoru. Znajduje się tu ok. 1200 mnichów, których „rodzaj” poznajemy po kolorze szat: białe noszą nowicjusze, różowe kobiety, a w pełni wyświęcony mnich – ciemno bordowe. W Mandalay warto odwiedzić 3 miejsca: pierwszym jest drewniany klasztor Shwenandaw, dający nieco oddechu od wszech otaczającego złota w pagodach, drugim – Pagoda Kuthodaw, gdzie w każdej z 729 małych stóp znajduje się kamienna płyta z naukami Buddy (pagoda zwana jest też największą księgą Buddy). Trzecim niesamowitym miejscem jest wzgórze Mandalay, gdzie na szczycie mieści się oczywiście świątynia. Jednak to cudowna panorama miasta, niezwykły zachód słońca oraz przeuroczy mnisi są największą atrakcją tego miejsca. Mnisi przychodzą tu codziennie na zachód słoń, by porozmawiać z turystami, podszkolić swój język i ośmielić się trochę w kontaktach z ludźmi. To dla nich jedna z niewielu okazji, by pożyć jak przeciętny człowiek. Są niezwykle ciekawi i choć czasami zadają dość bezpośrednie pytania, gwarantuję Wam, że rozmowa z nimi będzie pamiętnym zdarzeniem.

Internet w Birmie – zapłacisz, JEŚLI się połączysz

Kontaktowanie się z Birmy graniczy często z cudem. Nasze komórki w Birmie nie działają, także telefon stał się wyłącznie budzikiem i kalkulatorem. Przez piękne 9 dni nic nie brzęczało mi w kieszeni i normalne by mi to bardzo odpowiadało, gdyby pozostawała jeszcze komunikacja internetowa. Tymczasem internet niestety działa wolno i często się zawiesza. Warto szukać kafejek internetowych, np. w centrach handlowych (naturalnie w miastach), tam internet działał najszybciej. Tam również “siedzibę” ma szereg firm w Birmie – wiele osób właśnie stąd prowadzi swoje interesy. Za 0,5$ za godzinę jest to bardziej opłacane niż zakładanie internetu w biurze. Poza miastami sytuacja ma się już dużo gorzej. Nad jeziorem Inle widziałyśmy jedną kafejkę internetową, ale już w Pindaya o internecie, jak i telewizji satelitarnej można zapomnieć. Podstawową cechę charakteru, jaką przyjdzie wam tu ćwiczyć będzie cierpliwość. Wysłanie jednego maila może zająć nawet pół godziny.

Jezioro Inle i Pindaya, czyli znowu jesteśmy na wsi – nareszcie!

Heho, gdzie znajduje się najbliższy port lotniczy, oddalone jest od Nyaung Shwe, jednego z głównych miasteczek nad jeziorem Inle o ok. godzinę drogi. I to w dodatku birmańskiej drogi. Prędkość maksymalna 30 km/h a my latamy po całym samochodzie. Od razu jedziemy na przystań i wsiadamy na wąską łódeczkę. Kanałem do głównego akweny płynie się ok. 25 min, a potem już wypływa się na szerokie wody jeziora Inle: 22 km długości, 11 km szerokości, ale nie jest to całe jezioro, mniej więcej połowa jest absolutnie niedostępna dla turystów, ponieważ dostępu strzeże tam wojsko. Nasze podejrzenia padają na narkotyki – dopiero w Heho pojawiły się plakaty przypominające, że przemyt karany jest śmiercią, dużo dokładniej przeszukiwano nas na lotnisku, dało się wyczuć, że mają z tym problem. A tereny jeziora i otaczających je gór, można podejrzewać, są idealne pod uprawę.

Na jeziorze mieści się 17 wiosek, w każdej z nich jest szkoła podstawowa i świątynia. W co piątej jest szkoła średnia. Dzieciaki idą do szkoły w wieku 5-6 lat, a do tego czasu uczą się przede wszystkim pływać i sterować ‘kajakiem’, w końcu jest on tu jedynym środkiem transportu. Wioski wyspecjalizowały się w produkcji różnych towarów, a to srebra, a to papierosów, a to jedwabiu. Dzięki temu każdy ma zajęcie, a na targu każdy coś sprzeda, każdy coś kupi. Wioski same w sobie są ogromną atrakcją, dla przyzwyczajonych to stałego lądu osób mieszkanie na jeziorze wydaje się dość abstrakcyjne. Kanały między domami to ulice, mają swoje nazwy i numery. Domy z kolei buduje się albo z bambusa, albo z drewna. Te pierwsze są najtańsze i najprostsze, stawia się je w ciągu 1 dnia i pomaga w tym cała wioska. Lepiej sytuowani budują domy z drewna, a do palików wokół lub pod domem przymocowane są łodzie. Im więcej, tym bogatsza rodzina. Podczas złej pogody, burz czy niebezpiecznych wiatrów mieszkańcy bambusowych chat mogą bez problemu schronić się w drewnianych domach. Pojęcie wspólnoty nie tylko tu, ale i w całej Birmie jest bardzo istotne. Naprawdę każdy tu sobie pomaga a ludzie żyją ze sobą blisko.

Ostatnim punktem tego dnia był klasztor Nga Hpe Chaung – Klasztor skaczących kotów. Przykład inwencji mnichów w przyciąganiu do siebie turystów. Ot, nauczono koty skakać przez obręcze, w zamian oczywiście dostają smakołyki. Miejsce sympatyczne, choć jeśli nie jesteście kociarzami, jak ja, możecie się nie zachwycić. Wieczorem na jeziorze robi się chłodniej, a w nocy robi się naprawdę zimno.

Następnego dnia w drodze do Pindaya zatrzymujemy się na targu w Heho. Ta niesamowita feria barw warzyw, owoców, ludzi może przyprawić o zawrót głowy. Grejpfruty (dwukrotnie większe od ‘naszych’), liście betelu, sznurki, ryby – wszystko, czego można sobie zażyczyć. Z kolorowego tłumu wyróżniają się kobiety z gór, ubrane na czarno z pomarańczowymi chustami na głowie.
Pindaya to mała wioska w górach, która słynie z jaskini, gdzie obecnie znajduje się ok. 8000 wizerunków Buddy. Z jaskinią wiąże się również legenda o dzielnym młodzieńcze, który uratował księżniczkę z jaskini, gdzie uwięził ją wielki pająk. Bowiem Pindaya znaczy „pokonać pająka”. U stóp góry, gdzie mieści się jaskinia, znajdziemy mały warsztat, w którym wyrabia się papier oraz piękne, kolorowe parasolki.
Jednak to, co zachwyca w tym miejscu to jego niezwykła prostota i piękno zwykłej wsi. Niestety nierozerwalnie z nią wiąże się straszna bieda i to tu właśnie po raz pierwszy naprawdę odczułyśmy jej skalę. Bo o ile w miastach, czy miejscach bardziej turystycznych nie rzuca się ona w oczy od razu, o tyle zejście ze szlaku to niekiedy dość drastyczny obraz. To właśnie tu podczas spaceru po ‘centrum’ dogania nas starszy pan, jak się okazuje, prowadzi księgarnię na tyłach targu. Opowiada nam swoją historię: jest człowiekiem wykształconym – skończył inżynierię i prawo, ale w młodości walczył o demokratyczną Birmę, przez co wiele lat spędził w więzieniu. Po uwolnieniu stał się bardzo biedny, żona od niego odeszła, zdrowie zaczęło szwankować. Dziś żyje z pensji wynoszącej mniej niż dolara i nadal stara się pomagać swoim ludziom, udostępniając im książki czy pomagając w kwestiach prawnych. „Macie dużo szczęścia, że żyjecie w Polsce”. Trudno się z nim nie zgodzić. Ta rozmowa pozostanie w nas na bardzo długo.

Dzień wyborów

Wiemy, że na temat polityki, o ile nie znajdujemy się w aucie a nasz przewodnik sam nie zacznie, rozmawiać nie należy. Jednak w trakcie pobytu nad jeziorem przypada właśnie 7 listopada – dzień wyborów. Na szczęście nasz przewodnik sam zaczyna temat. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że wybory są tylko farsą, jednak nie wiedziałyśmy jaki stosunek mają do nich mieszkańcy Birmy. Otóż nikt, kogo spotkałyśmy i miał ochotę o tym rozmawiać, na wybory nie poszedł. Wiedzą po prostu, że niczego to nie zmieni i w ten sposób manifestują swoje niezadowolenie, które oczywiście na juncie nie zrobi zapewne większego wrażenia. Wojsko ustanowiło wybory z dwóch powodów: Chinom powoli kończą się argumenty do obrony Birmy przed krytyką reszty świata oraz kraje ościenne nie chcą być krytykowane za handel z krajem, gdzie prawa człowieka i demokracja nie istnieją, należy więc dać pozory zmian na lepsze, aby Indie i Tajlandia mogły swobodnie kontynuować swoje interesy.

Powrót do Yangon

Yangon to całkiem spore, szare i głośne miasto. Spędziłyśmy tam, nie wiem zupełnie po co, aż trzy dni, choć jeden zapewne by wystarczył. Punkt strategiczny i najważniejszy to Pagoda Shwedagon, będąca tak naprawdę stupą. Mierzy prawie 100 m i widać ja z każdego miejsca w mieście (dobry punkt orientacyjny). Najciekawsza jest jej diamentowa kopuła, gdzie mieści się 76-karatowy diament, naturalnie gołym okiem go nie zobaczymy, ale można go podziwiać na zdjęciach.

Warto wybrać się na targ Bogyoke, gdzie poza pamiątkami, można kupić również ładną biżuterię, materiały i zasadniczo każdy potrzebny drobiazg. Można tu również przegryźć coś w lokalnych knajpkach. Piesze wędrówki po Yangon nie są dla każdego – wymaga to nieustanej uwagi, bo chodniki są w podobnym stanie jak drogi, dziurawe nierówne a krawężniki mają często 50 cm wysokości. Na spacery po zmroku doradzam zabranie telefonu – będzie pełnił funkcje latarki. Koniecznie musicie się przejechać taksówkami – samochody są w tak strasznym stanie, że u nas próżno szukać takich na wysypiskach. A jednak jedzie i to całkiem sprawnie przed siebie i nikomu nie przeszkadza, że pasażer powinien trzymać swoje drzwi. Tak na wszelki wypadek.

Jazda autobusem vs. latanie po Birmie

Transport to kluczowe zagadnienie wyjazdu do Birmy. Drogi są w fatalnym stanie, polskie wsie mają często lepsze drogi niż te, które łączą ze sobą największe miasta w Birmie. Trasa Yangon – Bagan zajmuje 16h, Yangon – Jezioro Inle = 18h. Jadąc na 3 tygodnie można sobie pozwolić na podróżowanie lądem, jednak przy naszej 9-dniowej wyprawie szkoda nam było czasu. Muszę jednak przyznać, że mogłabym znienawidzić Birmę, gdybym miała po niej tylko jeździć. Trzygodzinna droga znad Jeziora Inle do Pindaya dała nam nieźle w kość. I wystarczy.
Dzięki bogu tam gdzie się dało, zdecydowałyśmy się na transport lotniczy, który między miastami działa niezwykle sprawnie. Do wyboru mamy: Air Mandalay, Air Bagan, Myanma Airways, Yangon Airways. Poruszanie się po lotniskach jest banalnie proste, nikt nie przejmuje się tu specjalnym sprawdzaniem paszportów, wyciąganiem płynów powyżej 100 ml czy taśmami bagażowymi. Wszystko odbywa się siłą rąk: ładowanie bagażu, ogłaszanie odlotu (po hali odlotów przechadza się pan z tabliczką z numerem lotu, który aktualnie odlatuje) itd. I nic się nie gubi, czasem trochę się spóźni, samoloty w dobrym stanie – nie jedna tania linia europejska mogłaby się od nich uczyć. Rozkład codziennie ten sam, samoloty działają na zasadzie autobusów powietrznych z przystankami. Np. rano startuje samolot z Yangon do Mandalay, po drodze zatrzymuje się w Bagan i Heho. Po południu odbywa trasę powrotną. Proste rozwiązania sprawdzają się doskonale.
W Birmie trudno nam było poczuć się swobodnie. Nie oznacza to jednak, że jest tam dla turysty niebezpiecznie – skądże znowu! Nigdy nie poczułyśmy się w żaden sposób zagrożone. Trzeba odpowiednio się ubierać (dekolty i mini zostawiamy w domowej szafie), uważać co i gdzie się mówi, bo przecież nawet rozmawiając po polsku każdy zrozumie, gdy użyjemy nazwy Birma. A ma być Myanmar…

Wojsko kontroluje niemalże każdy aspekt życia mieszkańców swojego kraju. Są głosy, by nie jechać, nie wspierać finansowo junty itd. Uważam jednak, że dopóki omijamy drogie hotele, trzymamy się prywatnych biur podróży, hotelików i prostych restauracyjek większość naszych pieniędzy trafi tam, gdzie powinno. Zachęcam do odkrywania Birmy, do wspierania jej, nie zawsze finansowo, ale poprzez np. przywożenie książek po angielsku, do nauki języków, przyborów do szkoły dla dzieciaków, leków. Nie zmienimy kraju od razu, ale im więcej oczu zwróconych będzie w kierunku Birmy, im lepiej wyedukowani będą jej mieszkańcy, tym prędzej zobaczymy ją wolną.

I jak Ci się podoba Birma? Wybierasz się tam niebawem? Masz pytania, na które nie ma odpowiedzi w tekście? Koniecznie daj znać w komentarzu! A jeśli spodobał Ci się ten wpis i uznasz go za wartościowy, będzie mi milo, jeżeli podzielisz się nim z innymi korzystając z kolorowych przycisków poniżej. Dziękuję!
Zapraszam Cie również na mój fan page na Facebooku Kto podróżuje ten żyje dwa razy, skąd dowiesz się gdzie aktualnie jestem i dokąd się wybieram. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.