Skip to main content

Bali: największe atrakcje wyspy

Bali wywołało we mnie tak sprzeczne uczucia, że pół roku zbierałam się do napisania tego tekstu. Musiałam chyba nabrać odpowiedniego dystansu, bowiem dysproporcja między pięknem miejsca a jego mieszkańcami jest ogromna. Bali jawiło mi się jako raj na ziemi. Pierwsze 2 godziny w Kucie szybko sprowadziły mnie na ziemię. Klasyczny, mega turystyczny kurort, który ni jak się ma do raju. Do tego częstotliwość występowania Brytyjczyków i Australijczyków na metr kwadratowy znacznie przekracza moje granice tolerancji. W Kucie również zaliczyłyśmy najbardziej syfiasty nocleg ever, gdzie grzyb ganiał po ścianie, wiatrak bez osłonki chciał obciąć palce, a w łazience … cóż spuszczę na to zasłonę milczenia.

Kuta – przeklęte miejsce

W Kucie rozpoczęła się nasza “kariera” pozowaczek do zdjęć, bowiem nie było chyba narodowości azjatyckiej, która nie ma naszych facjat w swoim albumie rodzinnym. Putu – nasz lokalny driver-friend wytłumaczył nam, że pomimo iż Bali jest mocno turystyczne, często na naszej drodze pojawiali się mieszkańcy innych indonezyjskich wysp, gdzie białe twarze nie zaglądają już tak często i jest to po prostu dla nich nie lada atrakcja. Plus jeszcze nasz wzrost, kolor skóry Anki (perłowa biel).

Ubud – oaza spokoju

Ubud zrehabilitował Bali w moich oczach. Jest to przepiękne miejsce, gdzie wzdłuż ulicy z hostelami i sklepami co i raz ciągną się również pola ryżowe. Ubud uważane jest za mekkę artystów wszelakich i istotnie, poza ciekawymi festiwalami, na każdym kroku można się obkupić w rzeźby, obrazy, biżuterię. Jest tego mnóstwo.

Zapierający dech w piersiach Ulun Danu Beratan

Z Ubud wyruszyłyśmy do na północ do Loviny, po drodze zatrzymaliśmy się w pięknym kompleksie świątynnym Ulun Danu Beratan, który o 7:00 rano, jeszcze bez turystów robi niesamowite wrażenie.

Sama Lovina jest niewielkim miasteczkiem z bardzo pięknymi plażami, niestety poza sezonem niezwykle zaśmieconymi. Kiedy tylko pojawiłyśmy się na brzegu natychmiast zostałyśmy osaczone przez sprzedawców wszystkiego, bo turystów już jakiś czas nie ma. Warto tu też zwrócić uwagę na idiotyczną formę targowania się, ponieważ u nich zaczyna się od ‘one dollar’ a jak wykażesz zainteresowanie, cena zaczyna rosnąć. Kompletnie to dla mnie nie logiczne.
Wracając z plaży jesteśmy już ugotowane na twardo. Warto wspomnieć, że przyjeżdżając na Bali przekroczyłyśmy równik i upały + wilgotność, które znamy z Tajlandii, Malezji czy Birmy to pikuś przy temperaturach na Bali, gdzie ta wilgotność jest dużo, dużo niższa. Tak czy owak stosując naszą metodę na chłodzenie się w klimatyzowanych sklepach trafiamy do cudownego punktu rękodzieła, gdzie mało co przepuszczamy fortunę. Ale tak pięknych masek nie było nigdzie.

Wodospady Git Git

Wracając do Ubud zatrzymujemy się przy Wodospadach Git Git, pokonujemy niedługą drogę przez pola ryżowe i nieco pod górkę i naszym oczom ukazuje się naprawdę całkiem imponujący wodospad. Miejsce najwyraźniej mocno lokalne, bo po raz kolejny robimy za atrakcję turystyczną i z 15 min pozujemy do zdjęć wycieczce szkolnej.

Hare Kriszna, Hare Hare

Po wodospadach Putu wpada na kolejny genialny pomysł – słyszał bowiem, że po drodze jest świątynia krisznowców i jego bardzo ciekawi ich kultura i czy nie mamy nic przeciwko. No pewnie, że nie mamy! Tzn. jakieś 3h później owszem mamy, ale nie uprzedzajmy faktów. Witają nas bardzo miło i są bardzo otwarci. Na podłodze w takiej dość wielkiej werandzie palimy sobie ognisko – pod dachem! – i rzucamy ryżem w ognisko (albo jak w przypadku Anki w grubego pana, który przesłonił jej płomienie) i śpiewamy piosenki, których tekstu nie jesteśmy w stanie przeczytać 🙂 I to wszystko jest fajne, ale po godzinie robi się nudne, ale oni jakby czytali w naszych myślach przenoszą się na dwór żeby śpiewać i tańczyć “hare kriszna hare hare” wokół krowy, która zdecydowanie ma równie dość jak my. Wyjść niepostrzeżenie się nie da, wypuścić bez jedzenia nas nie chcą więc jeszcze poczęstunek. A to przecież doskonała okazja do pogawędki. Nieopatrznie oświadczam, że jestem niewierząca a to przecież doskonały grunt dla krisznowców 🙂 Po łącznie jakiś 3h udaje nam się wsiąść do auta – uff!

Barong Dance

Kolejnego dnia też jesteśmy umówione z Putu. Tym razem działamy zespołowo – żadnych przystanków w dziwnych świątyniach, bo nadal dźwięczy mi w głowie “hare kriszna”. Zaczynamy od wytwórni batiku – no szału nie ma, w Birmie było to zdecydowanie bardziej autentyczne, a ceny w przyfabrycznym sklepie 100 razy niższe. Następnie jedziemy na pokaz tańca barong, w którym od tej pory jestem absolutnie zakochana. Barong to ‘kotek” – uosobienie dobra w wiecznej walce za złem symbolizowanym przez wiedźmę Rangdę.

Srebrne Celuk

Następnie jedziemy do Celuk – słynącego z wyrobów ze srebra. Putu wiecznie się dopytuje dlaczego nie mam męża i w ogóle jak ja w życiu sobie radzę, skoro takowego nie posiadam więc w Celuk kupuję obrączkę – niech się już chłopak tak nie martwi 🙂
Mas z kolei słynie z wyrobów z drewna, ale ceny i jakość wyrobów jakoś nie powalają – w Lovinie było lepiej. Kolejny punkt to świątynia Pura Puseh w Batuanie:
W drodze na plantacje ‘kopi luwak’ zatrzymujemy się przy tarasach ryżowych. Czyste piękno.

Najdroższa kawa świata

Kopi luwak, kawa luwak to gatunek kawy pochodzący z południowo-wschodniej Azji, wytwarzany z ziaren kawy, które wydobywane są z odchodów zwierzęcia z rodziny łaszowatych, łaskuna muzanga, nazywanego popularnie cywetą, a lokalnie luwak. No cóż, estetyka procesu wytwarzania tej kawy pozostawia wiele do życzenia, ale z jakiś przyczyn znawcy kawy uznali ją za doskonałą, szkoda tylko luwaka, który siedzi w klatce i sra na potęgę, żeby za 50 EUR można było kupić paczkę kawy. Po trekkingu w Cameron Highlands w Malezji jesteśmy już pewne, że nie chcemy przerabiać tego ponownie na górze Batur, więc uderzamy tylko na punkt widokowy. Mount Batur i jezioro o tej samej nazwie prezentują się naprawdę zacnie.

Matka wszystkich świątyń Besakih

Na koniec trafiamy do kompleksu świątynnego – Besakih, matki wszystkich świątyń na wyspie. I tu niestety ogarnia nas furia, nie pierwsza i nie ostatnia na Bali. Putu uprzedza nas, że jak nie będziemy rżnąć totalnego głupa to wcisną nam przewodnika. Oczywiście nikt nie ma do tego prawa, ale Indonezja jest na 3 miejscu jeśli chodzi o korupcję i tutaj wystarczy, że ktoś sobie siądzie i zdecyduje o tym, że będzie pobierał opłaty np. za wstęp na plażę i nikt mu nic nie zrobi.
Tak samo jest przed wejściem do Besakich. Paru cwaniaków skleciło sobie budkę, że niby ‘ticket check’. Pokazujemy bilet i zgodnie z przykazaniem Putu powtarzamy jak mantrę foto foto. Cóż no głupa łatwo rżnąć jak się nie rozumie co do ciebie mówią. A oni, że bez przewodnika wejść nie można, ze to obowiązkowe 30 USD kosztuje i bata nie ma żebyśmy nie wzięły. My zawzięcie foto foto więc w końcu nas puszczają, ale moje nerwy są już poszarpane równo. Dalej pojawia się kolejny, że znowu niby bilety kontroluje. I znowu ta sama śpiewka o przewodniku. Zaczęłyśmy więc między sobą rozmawiać po polsku i facet zwątpił. I tak oto z przepięknej Świątyni Besakih pamiętam głównie użeranie się z cwaniakami.

Senne Sanur

Sanur – kolejne miejsce naszego pobytu na Bali było jeszcze inne niż Kuta czy Ubud. Generalnie nadmorski kurort, ładne hotele itp. ale dużo spokojniej niż w Kucie. Nasz hotel też całkiem przyjemny, choć sąsiadujący z nami remont i budowa powodują, że na 3 dni może ze 3h miałyśmy prąd 🙂 Plaża w Sanur jak to mówią ‘nic nie urywa’, ale można odpocząć.

Deszczowe Tanah Lot

Stąd wyruszyłyśmy wraz z z Putu na ostatni objazd wyspy. Niestety lało od rana i tak Royal Temple oraz Tanah Lot zwiedzamy w totalnym deszczu. Cóż, zdjęcia mamy dość oryginalne, ponieważ większość odwiedzających Tanah Lot ma ją z zachodem słońca:)
O Parku Garuda Wisznu nawet nie będę wspominać, bo jest to zdecydowanie jakaś pomyłka w adresie. Powiem tylko tyle, że drogo i kompletnie nie warto. Reklamują go jak park z największym posągiem Garuda Wisznu na świecie, tyle że jeszcze on tak na prawdę nie powstał.

Plaża Padang Padang

Warto natomiast udać się na plażę Padang Padang, położoną pod klifem w małej zatoczce. Niezwykle urokliwe miejsce, tak mały raj na ziemi, po który jedzie się na Bali.

Uluwatu

W drodze powrotnej do Sanur jedziemy do Uluwatu, gdzie znajdują się moim zdaniem najpiękniejsze klify (ok.70 m). Są też oczywiście wściekłe małpiszony, więc uzbrojone w patyk udajemy się na zwiedzanie. Mieści się tutaj Świątynia Pura Uluwatu, będąca jedną z czterech najważniejszych świątyń na Bali, poświęcona bóstwom morza. Zachody słońca są tu spektakularne.

Plaża Jimbaran

Na koniec dnia plaża Jimbaran, słynąca z doskonałych restauracji ustawionych wprost na piasku, grillowanych owoców morza i fantastycznych widoków.
Mapa ze wszystkimi odwiedzonymi przeze mnie miejscami na Bali:
I jak Ci się podoba Bali? Wybierasz się niebawem do Indonezji? Masz pytania, na które nie ma odpowiedzi w tekście? Koniecznie daj znać w komentarzu! A jeśli spodobał Ci się ten wpis i uznasz go za wartościowy, będzie mi miło, jeżeli podzielisz się nim z innymi korzystając z kolorowych przycisków poniżej. Dziękuję!
Zapraszam Cię również na mój fan page na Facebooku Kto podróżuje ten żyje dwa razy, skąd dowiesz się gdzie aktualnie jestem i dokąd się wybieram. Do zobaczenia!

5 myśli na temat “Bali: największe atrakcje wyspy

  1. Targuje sie zawsze moj maz a ja udaje, ze juz tego nie chce i mam dosc 😉 na Bali lubia sie targowac i jak oswiecil nas pewien sympatyczny sprzedawca, nie lubia Rosjan bo oni sie nie targuja. Wtedy bylo tam wiecej Rosjan niz balijczykow mialam wrazenie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.