Skip to main content

Zabiłam tygrysa?

Od kilku dni media bombardują artykułami o horrorze w Świątyni Tygrysów w Kanchanaburi w Tajlandii i o jej finalnym zamknięciu, odbiciu zwierząt i przerażających znaleziskach w postaci martwych kociąt. Po latach prób, walce – również z rządem i policją – aktywistom udało się zakończyć funkcjonowanie pozornego azylu dzikich zwierząt. Więcej przeczytacie (koniecznie) tutaj: Nikt nie spodziewał się takiej tragedii. Horror w Świątyni Tygrysów [UWAGA drastyczne]

O tym miejscu dowiedziałam się z Animal Planet, gdzie pokazywano swego czasu namiętnie filmy o szlachetnym przeorze, który wziął pod dach swojej świątyni bo osierocone tygrysy, których matkę zabili kłusownicy dla zębów, skóry i innych części ciała. Tygrys i jego poszczególne części ciała są uznawane za cenne amulety i lekarstwa w wielu krajach, m.in. w Chinach.

Dlaczego akurat o tym dziś piszę? Bo niestety do tego dramatu przyłożyłam rękę.

Tak, byłam w Świątyni Tygrysów w Kanchanaburi, kiedy w 2009 roku spełniłam swoje marzenie o spotkaniu oko w oko z dzikim kotem. Zapłaciłam ponad 800 zł, aby wejść do świątyni wcześniej niż wszyscy turyści i przebywać z tygrysami praktycznie sama. Czy sądziłam wtedy, że przyczyniam się do horroru dzikich kotów? Nie.

Zawierzyłam, że miejsce gdzie tybetańscy mnisi zajmują się ochroną dzikich, ginących gatunków nie może być miejscem złym. 

Pracował tam wówczas pewien Polak, którego wypytywałam o tygrysy i cały ośrodek. Czy nic wtedy nie wiedział a może wiedział i nie powiedział? Tego nie wiem. Wciąż mam w sobie dużo wiary w to, że świat nie jest z gruntu zły. Naiwność? Być może. Wtedy jednak myślałam o tym miejscu w kategoriach świętej ochronki dla zagrożonego gatunku.

Ktoś powie, że jestem głupia, bo nie trzeba być geniuszem, żeby wpaść na to, że każde takie spotkanie z dzikim zwierzęciem jest dla niego szkodliwe. I być może będzie miał trochę racji.

Jakiś czas po moim powrocie co i raz pojawiały się przesłanki, że w Świątyni Tygrysów dzieje się źle. Informacje te jednak spływały szczątkowo, co chwilę cichły. Rząd i sama Świątynia robili wiele, by nie dało się dotrzeć do rzetelnych informacji. W końcu to był wielomilionowy biznes, który co roku przyciągał turystów do Tajlandii. Na moim blogu nad relacją umieściłam informacje, że aktualnie dobro zwierząt w tym miejscu jest niepewne, że jeśli ktoś nie musi, to niech tam nie jedzie. W mailach od czytelników również zaczęłam odradzać tę atrakcję.

Rzecz w tym, że ludzie tacy jak ja, którzy podróżują więcej niż przeciętny zjadacz chleba mają większe szanse ewoluować jako uczestnik masowej turystyki. Podczas swoich podróży przeszłam wiele etapów, od fascynacji dzikimi zwierzętami i chęci spotkania się z nimi oko w oko, jak w Świątyni Tygrysów, przez przejażdżki na słoniu w rzekomo miejscu ich ochrony jak Maesa Elephant Camp pod Chiang Rai aż do całkowitego zaprzestania od 2012 korzystania z takich atrakcji na rzecz obserwowania zwierząt z oddali, w ich naturalnym środowisku np. na terenie parków narodowych.

Czy czyni mnie to hipokrytką? Może. A może po prostu to mój stosunek do tego typu atrakcji się zmienił wraz z nabywaną wiedzą na temat ochrony środowiska i procederów
rządzących masową turystyką, o których na początku mojego podróżowania pojęcie miałam właściwie żadne. 

Czy zacznę kasować wpisy z Kanchanaburi, zdjęcia na słoniu czy z delfinem? Nie, bo nie będę udawać, że w takich miejscach nie byłam. W pewnym sensie dzięki temu, że byłam moja świadomość potem wzrosła. Czy potępiać ludzi, którzy wciąż korzystają z takich atrakcji? Moim zdaniem nie. Należy ich edukować, jeśli sami pewnych rzeczy nie widzą, tak jak nie widziałam ja. Zastanówmy się, czy naprawdę mieszkając kilka tysięcy kilometrów od danego kraju możemy jednoznacznie określić, które miejsca są z gruntu złe, a które pełnią funkcje edukacyjno-ochronne? Kiedy widzimy małego słonika na ulicy Bangkoku od razu się przeciwko temu buntujemy. Jest dla nas jasne, że mamy tu do czynienia z podłym wykorzystywaniem zwierzęcia do zarabiania kasy. A co jeśli trafiamy w miejsce, gdzie przedstawiane są dokonania jako ośrodka ochrony zwierząt – mam tu na myśli Loro Parque na Teneryfie? O najlepszych praktykach w ratowaniu zwierząt opowiadają naukowcy, weterynarze – ludzie, którzy mają o dobro zwierzą dbać. A potem okazuje się, że to miejsce to taka sama tortura dla zwierząt jak wszystkie inne? Jak przeciętny
turysta ma określić różnicę?

Ten tekst nie powstał po to, żeby się tłumaczyć z “grzechów przeszłości”, choć pewnie parę osób to tak odbierze. Jego intencją jednak było zwrócenie uwagi tych wszystkich, którzy jeszcze z atrakcji z udziałem zwierząt korzystają, że naprawdę nie ma miejsc “świętych”, cokolwiek marketingowiec zamieścił w folderze. Chcę również pokazać na moim przykładzie, że nikt nie rodzi się genialny i każdy musi się wszystkiego nauczyć, ochrony środowiska również. W końcu śmieci segregujemy dopiero od kilku lat, a kiedyś nie do pomyślenia było płacenie za reklamówki w markecie. Dziś jest już zupełnie inaczej.

Jeśli macie dzieci zacznijcie już od najmłodszych lat tłumaczyć dzieciom, że mały słonik w Tajlandii stojący na tylnych nogach to nie jest jego naturalne zachowanie. Że zwierzęta, szczególnie te najdziksze najlepiej mają w dziczy, z daleka od ludzi. I że zwierząt nie wolno nigdy krzywdzić.

Dotychczas moje wspomnienie kontaktu z tygrysami było jednym z najpiękniejszych z podróży jakie miałam. Wciąż będę to wspominać jako niesamowite doznanie, choć cień jaki się na nie rzucił nie zniknie i muszę pogodzić się z faktem, że za moją edukacje z zakresu ochrony środowiska zapłaciły moje ukochane dzikie koty.

Uważasz ten wpis za wartościowy? Korzystałeś z takich atrakcji a może zamierzasz? Jakie jest Twoje zdanie? Podyskutuj, polub, dodaj +1. Dziękuję!

9 myśli na temat “Zabiłam tygrysa?

  1. O tygrysach zrobiło się głośno dopiero teraz. Z jednej strony szkoda, że tak późno, ale z drugiej – lepiej teraz niż za kilka lat. Ważne, że każdy z nas może wziąć z tego lekcje i nauczyć się czegoś nowego. Nie tylko o samych tygrysach, ale inaczej postrzegać większość zwierząt, które szczególnie popularne są w Azji jako "atrakcja dla zagranicznych turystów".

  2. Kocham koty pod każdą postacią. Mam jednego czarnego u siebie w domu,znalezionego w czasie strasznego upału. Nie wyobrażam sobie by moi goście robili sobie z niego atrakcję turystyczną. Pewnie dostaliby po łapach 😀 Fakt, świadomość rośnie, jesteśmy świadkami różnych wydarzeń. Jedni to akceptują a inni uświadamiają. Moim marzeniem jest przejażdżka na słoniu i nie wiem czy bym z niego zrezygnowała gdybym pojawiła się na Sri Lance…

    1. Ja też kiedyś marzyłam o przejażdżce na słoniu, tak jak i o pogłaskaniu dzikiego kota, jednak warto trochę poczytać i najpierw zagłębić się w temat, by później nie mieć wyrzutów sumienia i świadomości, że skrzywdziło się te piękne zwierzątka 🙂 Warto pogłębiać wiedzę i tę świadomość, zwłaszcza gdy w grę wchodzi cierpienie innych, przede wszystkich istotek tak bezbronnych 🙂

  3. Podobno niewiedza nie usprawiedliwia, ale posiadając wiedzę, co dzieje się w świątyni tygrysów naprawdę pewnie nie przekroczyłabyć nawet jej progu.

    Lekcja na przyszłość dla wielu. Przyznaję, że moja świadomość naturalnego środowiska życia zwierząt zrodziła się w Australii. W miejscu, gdzie człowiek jest naturze podporządkowany. Nikt nie zabije rekina tylko dlatego, że zjadł człowieka lub węża za to, że pełza sobie po ogrodzie 🙂

  4. najważniejsze, że się uczysz na własnych błędach i teraz, jak już wyszło szydło z worka i temat odpowiedzialnej turystyki jest tak bardzo głośny, Ty wyciągasz z tego wnioski, jedyne słuszne zresztą. Czasu się nie cofnie, ale z obecnie posiadaną wiedzą można już wiele dobrego zrobić

  5. Wiesz, moja świadomość w temacie zwierząt i ich naturalnego środowiska życia pojawiła się dopiero po przylocie do Australii, miejsca na ziemi, gdzie człowiek z naturą nie walczy, gdzie naturę się szanuje – zarówno florę, jak i faunę. Wąż zwisa z gałęzi? No to zwisa, jest u siebie. W żadnym wypadku nie wolno go zabić. Rekin pożarł surfera? Nic w tym dziwnego, w końcu żyje w oceanie i nikt przez to nie będzie na niego polować.

    Kiedyś i u mnie świątynia tygrysów, czy małpi gaj nie wzbudzałyby podejrzeń. Na szczęście to było kiedyś 🙂

    Pozdrawiam z Sydney
    Emilia

  6. Im więcej informacji tym lepiej. Cyrkom zdecydowane nie, ale zoo, to odpowiedzialność społeczna z przeszłości. Nie poszłabym na przejażdżkę na słoniu, ale do zoo w Warszawie chodzę z synem regularnie. Edukacja i świadomość przede wszystkim.

  7. Bardzo słuszna uwaga. Edukacja przede wszystkim. Nie byłam akurat w tym miejscu koło Kanchanaburi, bo słyszałam same złe rzeczy, tylko w Chiang Mai w Tiger Kingdom (słyszałam dużo dobrych rzeczy). Dalej mam mieszane uczucia co do tego wszystkiego, ale chyba po półrocznej podróży po Azji już trochę zmądrzałam i kolejny raz do tego typu miejsca bym nie poszła. To samo tyczy się słoni – wolontariat, który wybrałam był naprawdę niesamowity i w Thom's Elephant w Pai traktują dobrze te zwierzęta, ale jednak swoje musiały przejść (jako małe słoniątka), a teraz b.dużo pracują. Można powiedzieć, że uczymy się na własnych błędach. Pamiętam, że jako dziecko uwielbiałam chodzić do cyrku, teraz bym nie poszła… Z ZOO jest jeszcze trudniejszy temat, nie byłoby to aż tak fatalne miejsce, gdyby wybiegi i klatki były 2-3 razy większe. Tak jak mają np. ryby i inne wodne stwory w Afrykarium wrocławskim. Dużo przestrzeni… Można tak dyskutować godzinami. I dobrze, bo właśnie na tym polega edukacja m.in.

  8. Wiesz, w życiu jest tak, że nikt nie rodzi się wszechwiedzący i do pewnych rzeczy dochodzi z czasem – sam lub z pomocą czynników zewnętrznych. Ja też jeździłam na wielbłądzie i bywałam w różnych zoo, podobały mi się foki w basenie w Siam Parku itd. Dziś mi się nie podobają. Byłam rok temu w ZOO we Wrocławiu z bratem, nie jestem też z tego dumna, on bardzo chciał a jego rodzice nie widzą problemu… Każda z nas zabiła też z pewnością wiele kaczek karmiąc je chlebem zamiast ziarnem a dopiero po 25 latach mówią nam, że im to szkodzi. Każdy popełnia błędy, pół biedy o ile nieświadomie i jeśli się uczymy na nich stając mądrzejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.