Skip to main content

Norwegia: Tromsø – polowanie na zorzę polarną

Jeśli wierzyć legendom zorza polarna to nic innego jak tańczące po śmierci stare panny i wysuszone dziewice, które nigdy nie zaznały przyjemności. Dzieciom nie wolno było machać do zorzy, bo groziło to porwaniem przez nią i ukręceniem głowy. Dobre, co? A dziś turyści gnają na północ Norwegii nieświadomi, że spektakl świetlny, który podziwiają, jest tak niebezpieczny … dla najmłodszych, oczywiście. A tak zupełnie poważnie zorza polarna zwana bardziej naukowo aurora borealis (kiedy występuje na półkuli północnej), to zjawisko świetlne obserwowane w górnej atmosferze w pobliżu biegunów magnetycznych planety. Widoczna jest głównie za kołem podbiegunowym, choć zdarzają się wyjątki, że widać ją dużo niżej. Jak jej szukać i gdzie na nią zapolować będąc w Tromsø?

Norwegia: Tromsø – informacje praktyczne 2017

Zorza polarna – fakty i mity

Niewidoczna zołza

Zorza to taka niestety trochę zołza, że nawet jeśli jest to wcale nie oznacza, że ją widać. Dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, że zorza tworzy się na wysokości 100, a czasem nawet 150 km nad ziemią. Aby więc móc ją podziwiać poza samą aktywnością zorzy niezbędne są również dobre, żeby nie powiedzieć idealne warunki atmosferyczne. Deszcz, śnieg, chmury – to wszystko sprawi, że zobaczenie zorzy będzie bardzo trudne. Dlatego też zawsze powtarzam, że to zły pomysł jechać z myślą tylko o zobaczeniu i zrobieniu genialnych zdjęć, bo jeśli to będzie Wasz jedyny cel wyjazdu, możecie się gorzko rozczarować. Oczywiście, możecie za nią gonić nawet i do sąsiednich krajów (Finlandia, Szwecja), tak jak ja jednej nocy i to skutecznie, jednak czasem po prostu zobaczyć jej się nie da.

Zorza w aplikacji

Przy okazji warto wspomnieć o aplikacjach do przepowiadania zorzy polarnej typu Aurora Notifier, Aurora ForecastAurora Alerts i tym podobnych, które mają nam pomóc w polowaniu. Wszystkie jednak opierają się na wskaźniku KP, monitorującym aktywność zorzy na skali geomagnetycznej, zupełnie ignorując przy tym warunku pogodowe. Najpierw trzeba sprawdzić KP dla miejsca, w którym jesteśmy lub planujemy polować na zorzę. W przypadku Tromsø było by to nawet KP2, tylko jeśli leje deszcz to żadne KP nam nie pomoże. W przypadku zorzy jak z prognozą pogody: albo będzie ładnie albo brzydko. I tyle w temacie.

Piękna zorza … w aparacie

Kolejny przejaw zołzowatości zorzy polarnej, to że na żywo nie robi AŻ takiego wrażenia jak na zdjęciach. Oczywiście to nie jest tak, że zupełnie jej nie widać, jednak ludzki oko nie potrafi zarejestrować jej tak dobrze jak aparat na długim czasie naświetlania. Może być też tak, że na oko zorzy nie widać, a pojawi się na zdjęciu! Pamiętajcie więc, że te piękne zdjęcia w internetach (w tym moje poniżej) przedstawiają to, co widzi aparat, a nie do końca moje oko. Choć nadal zjawisko pozostaje absolutnie fantastycznym doznaniem.

Gdzie podziwiać zorzę w Tromsø?

Przy sprzyjającej pogodzie bez trudu można zobaczyć ją w samym mieście, jednak my aż tyle szczęścia wraz z Ewą z Dalekoniedaleko.pl nie miałyśmy, dlatego pomysł z Aurora Camp w Villmarkssenter był trafiony absolutnie w 10-tkę! Założeniem wypadu na sąsiednią wyspą Kvaløya, około 25 minut jazdy od Tromsø było właśnie obserwowanie zorzy oraz nocleg w tradycyjnym saamskim namiocie lávvu. Tak, tak, dobrze przeczytaliście: w styczniu, 350 km za kołem podbiegunowym postanowiłyśmy spać w namiocie. O tym, jak nam się to udało przeżyć napiszę za chwilę. A o tym kim są Saamowie przycztacie tutaj.

Tak, śpijmy w namiocie!

Po przyjeździe do obozu Villmarkssenter wczesnym wieczorem wita nas nie kto inny tylko… trzecia Ewa! To zupełny przypadek,  tak się składa, że akurat tu pracuje, jednak pozostali pracownicy po jakiś czasie zaczynają się zastanawiać, czy to najpopularniejsze imię w Polsce? Pomijając główne pomieszczenie, gdzie znajduje się recepcja, sklepik czy kuchnia, reszta to tradycyjne namioty lávvu. Jeden z nich to stołówka, pozostałe są mieszkalne, do wyboru są prywatne, dwuosobowe namioty oraz ogólne. Nasze plecaki lądują w ogólnym namiocie, najbliżej stołówki. Wychodząc, jeszcze raz rzucam okiem na wnętrze: na środku palenisko, wokół na drewnianej podłodze legowiska, czyli karimaty, skóry reniferów i śpiwory. Przy drzwiach, których nie da się do końca zamknąć przez warstwę śniegu farelka, jarzeniówka oraz przekąski i napoje. Przez myśl przebiega mi “będę musiała wstać w nocy do łazienki”, co mnie lekko przeraża, choć akurat łazienka nieopodal recepcji to jedno z cieplejszych miejsc. Nie zastanawiam się jednak nad tym dłużej, bo ognisko już czeka a z nim koleżanka zorza.

W śniegu po pachy, czyli czekamy na zorzę

Kiedy orientujemy się, że przed nami zorza przymierza się do swojego show, ekipa stara się rozpierzchnąć po terenie, aby tylko mieć najlepsze ujęcie. Zabawa przy tym przednia, bo niewiele widzimy w łunie ogniska, a nawet jak widzimy to co na wierzchu, to nie bardzo widzimy ile pod nami śniegu. Raz idzie się wygodnie, a raz zapada po pachy. Warunki pogodowe dopisały i na piękny spektakl nie musimy długo.

Fotografowanie zorzy polarnej

Nie zamierzam się wymądrzać i powtarzać tego, co napisali już inni, których wpisy znajdziecie poniżej. Powiem tylko na swoim przykładzie, że każdy może sfotografować zorzę! Nie trzeba mieć do tego ani wybitnego sprzętu ani umiejętności – ja korzystam z bezlusterkowca SONY Alpha 5000 z obiektywem Sony E 16-50 mm f/3.5-5.6 PZ OSS, który większość robi i tak za mnie. To, co mogę Wam doradzić od siebie, to zabrać:

  • porządny statyw, trójnóg, nie jakiś cudak to przyczepiania do drzewa – zdjęcie na długim czasie naświetlania wymaga stabilnej podstawy;
  • kartę pamięci o dużej pojemności: 16 GB minimum lub kilka kart mniejszych, by robić zdjęcia w RAW & JPG – jednocześnie, jeśli Wasz aparat ma taką opcję – jedno zdjęcie w RAW-ie zajmuje ok. 20 MB, stąd piszę o kartach;
  • źródło światła – przynajmniej w przypadku mojego bezlusterkowca okazało się, że zdjęcia wychodzą znacznie lepiej, jeśli w kadrze mam jakiś punkt zaczepienia dla ostrości. Oczywiście to może być brak umiejętności, ale warto o tym wspomnieć.

Wartościowe porady odnośnie fotografowania zorzy znajdziecie:

  • u Basi i Michała z bloga Poniosło nas;
  • u Konrada z największej chyba strony o Norwegii po polsku Norwegofil.pl;
  • u Eweliny i Marka z bloga Pozytywny skok, którzy kolejny zimowy sezon spędzili pracując w Tromsø przy pościgach za zorzą w lokalnej firmie.

Czas spać!

Po kilku godzinach stania po pachy w śniegu, kolacji i parówkach z ogniska nadchodzi ten czas, kiedy trzeba zmierzyć się z noclegiem w lávvu. Tej nocy jest wyjątkowo mroźno, ponoć nawet -10 stopni, co przy średniej temperaturze dotychczas na poziomie -4 stopnie, w kontekście spania w namiocie robi różnicę. Choć droga do łazienki nie jest długa, robimy sobie dzień dziecka, z resztą pasta do zębów wydaje się jakby i tak zamarzła w plecaku zostawionym w namiocie. Do paleniska na środku trzeba dokładać, każdy więc się stara jak może, a jest nas w namiocie pięcioro, dołożyć swoje drewienko do ogólnego ciepła. Choć jak dla mnie to bardziej zasłona dymna – w przenośni i dosłownie, bowiem palenisko więcej dymi niż grzeje, mimo komina odprowadzającego dym.

Pod śpiwór dokładam skórę z renifera extra, do śpiwora, w którym śpię jedynie bez spodni i kurtki, wrzucam gorące serduszko, by rozgrzać nogi. Na głowę idzie kominiarka, opaska na oczy a zatyczki do uszu. Nie jest nawet tak twardo, jak się spodziewałam, w kontekście pleców bardziej dokucza mi jednak chłód, zarzucam więc na siebie kolejną skórę renifera z ławy nade mną, oczywiście futrem do siebie i w końcu zasypiam. Jedyne co mi wystaje to nos, który rano jest czerwony jak u Rudolfa. Oczy szczypią od dymu z ogniska, ale biorąc pod uwagę, że w naszym pokoju i maleńkim łóżku na Airbnb co noc się gnieciemy, to tu muszę powiedzieć, że w końcu się nawet wyspałam, mając skóry tylko dla siebie.

Rano dzień dziecka oficjalnie się kończy i kiedy wracam po 8:00 rano z łazienki, pachnąc mocno miętowo moim oczom ukazuje się pierwszy porządny wschód słońca w Tromsø odkąd przyjechałyśmy. Po śniadaniu czeka nas dalszy ciąg przygód w postaci psich zaprzęgów, ale to już temat na oddzielny post.

Jak to zorganizować?

Aurora Camp i nocowanie w lávvu to część pakietu z prowadzeniem psich zaprzęgów kolejnego dnia, jaki możecie zarezerwować w Tromsø Villmarkssenter. 2 dniowy pakiet w skład, którego wchodzą: transport z i do Tromsø, ognisko z przekąskami, kolacja, nocleg w lávvu, śniadanie, psie zaprzęgi, tradycyjny obiad kosztuje: 2680 NOK. Oczywiście można przyjechać tylko na obserwowanie zorzy lub tylko psie zaprzęgi. Natomiast nocleg polecam w kategorii “jedna przygoda w życiu”. Warto, nawet jeśli zapach ogniska będzie Wam towarzyszył jeszcze po powrocie do domu.

 

Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi lub komentarze? Podyskutuj, polub, podziel się. Dziękuję!

27 myśli na temat “Norwegia: Tromsø – polowanie na zorzę polarną

  1. Super. Właśnie przedwczoraj wpadłam na pomysł, żeby obejrzeć zorzę na żywo, a tu taki post 🙂 z uchwytnością zorzy różnie ale czy wspomagałyście się jakimiś prognozami długoterminowymi planując wyjazd z Polski czy tak się szczęśliwie złożyło, że jedna noc i zorza?

    1. Super! Jedz konieczne! Planując termin jakieś pół roku przed faktycznym wyjazdem brałyśmy pod uwagę koniec nocy polarnej, chociaż to zorzy akurat w niczym nie przeszkadza, po prostu wolałyśmy zaznać trochę dnia 😉 Poza tym to kwestia szczęścia, choć wiadomo, że styczeń to przykładowo doskonały miesiąc, pod warunkiem że pogoda dopisze 🙂 Nie ma nigdy 100% pewności, trzeba być cierpliwym ale też zaplanować sobie inne atrakcje, by się nie rozczarować 😉 Powodzenia!

  2. Piękna była <3 <3 <3 Warto było tam jechać, biegać z bagażem po lotnisku w Oslo, odmrażać sobie palce u stóp próbując ją sfotografować i nos w nocy w namiocie, wszystko było warto! Jestem tylko zła na siebie, że skasowałam swoje RAWy zanim się na dobre do nich zabrałam 🙂

  3. Ewa, napisz coś więcej o tym, jak widać zorzę gołym okiem. Czy masz może jakieś zdjęcie na krótkim naświetlaniu? Bo prawdę mówiąc, po przeczytaniu tego, że nie jest tak widoczna jak na fotach, czuję się trochę oszukany przez życie. Wychodzi na to, że moim analogiem nie będę w stanie nawet jej uchwycić.

    1. To też nie tak, że nie widać jej wcale, po prostu ludzkie oko nie rejestruje jej tak dobrze jak aparat. Jeśli będą dobre warunki to oczywiście zobaczysz ją gołym okiem 🙂 To trudno wytłumaczyć, trzeba zobaczyć/przeżyć samemu. Analogiem w sensie na kliszę? Nie mam pojęcia – nie wiedziałam, że ktoś jeszcze takich używa 🙂 Jeśli ma tryb manualny pozwalający ustawić czas naświetlania, powinno się udać, ale chyba jednak na zorzę warto zaopatrzyć się w aparat cyfrowy – lustrzankę lub bezlusterkowca.

  4. Wspaniale to wszystko opisałaś. Aż chce się rezerwować bilety na przyszłą zimę. Powietrze też pewnie tam nie jest złe, co? Oddycha się z pewnością. Zawsze się obawiam, że z tą zorzą może się jednak nie udać, że mogę mieć pecha. Twoje “firanki” wyszły wspaniale!

    1. Och powietrze boskie! Szczególnie w dobie ogólnopolskiego smogu 🙂 Fakt, z zorzą może się nie udać. Szczególnie to przykre jak się pojedzie na np. 3 dni i skupi tylko na zorzy. Dlatego warto planować inne atrakcje, choć oczywiście można czas poszukiwań zorzy dość zawęzić i dostosować.

  5. Powiem szczerze, że chciałabym zobaczyć kiedyś zorzę na własne oczy. A że zimna się nie boję, to nawet Norwegia nie jest mi straszna o tej porze roku. Więc, kto wie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.