Skip to main content

Norwegia: Tromsø – gdzie fiordy jedzą z ręki?

Dobra, wiem, dowcip o tym, jak facetowi niby fiordy z ręki jadły, jest już nie lada sucharem, tylko czy da się zacząć post o norweskich fiordach inaczej? Pewnie tak, jednak mi to już tak w głowie siedzi, że raczej tam zostanie.

Wycieczka na fiordy była naszą ostatnią podczas pobytu w Tromsø, w dodatku wielce wyczekiwaną, gdy cały poprzedni dzień lało i mimo najszczerszych chęci zwiedzania czegokolwiek – musiałyśmy skapitulować i z podkulonym ogonem wrócić do domu. Szczęście uśmiechnęło się do nas jednak raz jeszcze (ma się ten fart) i kolejnego dnia pogoda poprawiła się na tyle, że bez problemu mogliśmy wyjechać na “karmienie” fiordów. Dobra! Już przestaje, serio.

Kiedy myślicie sobie fiord, to co Wam przychodzi na myśl? Poza Norwegią oczywiście jako taką? Ja zupełnie nie mogłam sobie jakoś uzmysłowić, co my dokładnie będziemy oglądać, chociaż na północ Skandynawii patrzyłam często i namiętnie. A już na pewno nie spodziewałam się, że na końcu wylądujemy na piaszczystej plaży. W styczniu. Z kanapką ze świeżym łososiem w garści.

Gdzie na fiordy w okolicy Tromsø?

Można by na to pytanie odpowiedzieć, że wszędzie, ponieważ Tromsø leży na wyspie Tromsøya, a ta pośród innych, licznie tu występujących. Jak na przykład Kvaløya, na którą udałyśmy się wraz z Ewą podczas naszej arktycznej przygody. Choć Tromsøya wydawała mi się dużą wyspą, to Jana, nasza dzisiejsza przewodniczka, szybko informuje nas, że Kvaløya jest ponad 30 razy większa! Obie wyspy połączone są mostem Sandnessund, który, jak każdy tutaj, skonstruowany został tak by mogły pod nim przepływać swobodnie statki. Kiedy jest naprawdę wietrznie most jest zamykany dla ruchu samochodowego i tak naprawdę jedyne sensowne połączenie z Tromsø znika. Można się tam co prawda dostać jeszcze tunelem z innej części Kvaløya, jednak ponoć bardziej opłaca się po prostu poczekać na poprawę pogody.

Jak powstały fiordy?

Tutaj kłaniają się lekcje geografii i mój ulubiony temat o krajobrazie peryglacjalnym, z którego zadziwiająco coś jeszcze pamiętam. Fiord to głęboka zatoka powstała w wyniku zalania żłobów i dolin polodowcowych, która wcina się w głąb lądu, tworząc charakterystyczne są strome brzegi. Woda tu jest słona, ponieważ fiordy to przedłużenie morza. Fiordy występują u wybrzeży Norwegii (naliczono ich łącznie prawie 1200!), w Szkocji, Grenlandii, Islandii, Nowej Zelandii, Patagonii (Chile) oraz na Alasce.

Większość odwiedza najbardziej znane norweskie fiordy latem, tak jak moi drodzy przyjaciele z makulscy.com, u których przeczytacie o letniej wyprawie samochodem z psem. My jednak, jak zwykle pod prąd, zabrałyśmy się do tematu zimową porą.

Fiordy zimą

Håkøya

Po przedostaniu się na wyspę Kvaløya na chwilkę uciekamy z niej na malutką wysepkę Håkøya, gdzie mamy okazję podziwiać pierwsze wspaniałe panoramy. Wysepka znana jest z tego, że w czasie II wojny światowej, w 1944 roku Brytyjczycy zatopili właśnie tu niemiecki pancernik Tirpitz z 1200 żołnierzami na pokładzie.  Ofiary upamiętniono na wyspie, a wrak w większości wydobyto po wojnie. To, co zostało na dnie, według miejscowych, straszy. Ponoć nocami słychać wycie i nawoływanie żołnierzy, którzy wtedy zginęli. Dobrze więc, że jesteśmy tu za dnia.

Ersfjorden i Ersfjordbotn

Malownicze miejsce, gdzie słychać wręcz ciszę, ale również czuć lekki niepokój. Tak to już chyba jest z zimowym krajobrazem północnej Norwegii, że wzbudza w człowieku respekt. Dalej zmierzamy do Ersfjorden, według Jany najpiękniejszego fiordu. Co by nie mówić, wie dziewczyna co ładne.

Na końcu tego pięknego fiordu (czyli w samym załomie, gdzie kończy się język zatoki = fiordu) znajduje się jeszcze bardziej malownicza, a wydawało się to nie możliwe, osada rybacka Ersfjordbotn. Jak nie trudno się domyślić nazwa pochodzi od nazwy fiordu, do której dodano -botn, co po norwesku oznacza dno, dolny lub nieckę skalną, czyli w dużej mierze koniec fiordu. Tak z resztą powstają nazwy większości miasteczek na fiordach.

Cisza i spokój jakie panują w tym miejscu, mogą być zwodnicze i zachęcić Was do kupna wystawionych tu na sprzedaż domów. Żeby nie było, to nie tak, że odradzam. Tylko ta noc polarna! W każdym razie nie podejmujcie pochopnych decyzji.

Kaldfjorden i zatoka waleni

Podróżując lewym brzegiem Kaldfjorden nasza bystrooka przewodniczka dostrzega kilka dzikich reniferów. Dzikich na tyle, że na zimę nie dały się zagonić do zagrody swojego właściciela, bo bezpańskich reniferów to tu już nie ma. Staramy się jak najciszej wysiąść z busika, żeby ich nie spłoszyć. Fajnie zobaczyć je w naturalnym środowisku, choć gdyby nie Jana nasze niewprawne oko by ich nie dostrzegło. Ps. te z rogami to dziewczyny, serio. Więcej o reniferach i Saamach przeczytasz tutaj.

Prowadząc samochód musicie bardzo uważać na renifery, ponieważ ich potrącenie lub zabicie na drodze wiąże się z ogromną karą pieniężną (a to Norwegia, więc wyobrażenie o wysokiej karze pomnóżcie sobie razy dwa). A renifery są bardzo płochliwe i nigdy nie wiadomo co i w którym momencie im odbije.

W języku Saamów nazwę wyspy Kvaløya można przetłumaczyć jako Wyspę Waleni (Whale Island) i faktycznie, gdy zatrzymujemy się w kolejny miejscu by podziwiać piękne panoramy zatoki Kaldefjorden, ci wyposażeni w teleobiektywy i lornetki mają okazję podziwiać płetwy orek (tak, orki to walenie). Mniej jednak najbardziej zachwyca krajobraz, który w tym miejscu po prostu powala.

Nigdy nie wiadomo, szczególnie kiedy raz pada a raz mrozi, co znajduje się pod śniegiem, po którym się człowiek przedziera. Czasem jest twardo a za chwilę zapada się człowiek po pachy, jak ja na poniższych zdjęciach. To jeszcze o tyle było nic, że pod spodem była ziemia. Na przedostatnim przystanku wpadłam całym butem do sadzawki, jaka się zebrała pod cienkim śniegiem – na szczęście buty okazały się super szczelne, ale pamiętajcie, żeby uważać, bo i nogę można złamać.

Zamarznięte jezioro i Grøtfjorden

Przed końcem Kaldfjorden skręcamy w lewo, na Grøtfjorden, ale zatrzymujemy się jeszcze by podziwiać zamarznięte jezioro. W tle dwa kolory wody na horyzoncie to moment, gdzie wody z fiordu stykają się z wodami otwartego morza. Bajka!

Grøtfjorden podziwiamy z niewielkiego wzniesienia, na które to wspinając się zapadłam się do sadzawki. Śnieg w wielu miejscach się tu już roztopił, odsłaniając duże kępy mchu i porostów. U podnóża góry znajduje się malutkie, zamarznięte jeziorko, jednak po wpadce z sadzawką nie ryzykuję. Nawet ja nie mam tyle szczęścia.

Przygodę z fiordami kończymy na … piaszczystej plaży przy Grøtfjorden. Punkt programu, którego absolutnie się nie spodziewałam, w dodatku zjemy tu sobie lekki lunch w postaci wielkiej bagietki ze świeżym łososiem! Kiedy idę po plaży tylko kawałki lodu przypominają mi, że jest styczeń. Powiem Wam, że można zgłupieć. Na plaży spędzamy urocze chwile i zanim się spostrzeżemy dochodzi w pół do trzeciej i zaczyna się ściemniać. W dodatku jakieś paskudne chmurzysko się nad nami zebrało.

Informacje praktyczne

Na wycieczkę po fiordach wybrałam się z Arctic Explorers Norway i fantastyczną przewodniczką Janą. Wycieczka kosztuje 1300 NOK i trwa trochę dłużej niż pół dnia (start 10 – 11:00 i powrót około 15:30). W cenie dostaniecie specjalne, nieprzemakalne buty (jeśli Wasze z jakiś przyczyn są niepewne), lekki lunch w postaci pysznej, wielkiej kanapki i ciepłego napoju oraz super przewodnika, który zrobi Wam również piękne zdjęcia i prześle kilka dni później. Kameralne grupy – jak nasza 10-osobowa – gwarantują przyjemne zwiedzanie i zero pośpiechu. Tak, jak lubię najbardziej.

Czy da się to zrobić wypożyczonym lub własnym samochodem? Pewnie tak, jednak zimą poza autem na łańcuchach, z napędem 4×4, trzeba mieć jeszcze umiejętności prowadzenia auta przy pogodzie, która potrafi się zmienić 6 raz dziennie. Poza tym, będąc kierowcą niewiele zobaczycie po drodze skupiając się na zakrętach, śliskich podjazdach oraz potencjalnych reniferach-samobójcach. Ja w każdym razie cieszyłam się, że nie zdecydowałyśmy się z Ewą na wypożyczenie auta, bo mogłyśmy oddać się w 100% podziwianiu pięknej natury, co i Wam polecam.

Spodobał Ci się wpis? Wybierasz się do Tromsø? Albo na fiordy? Masz uwagi lub komentarze? Podyskutuj, polub, podziel się. Dziękuję!

11 myśli na temat “Norwegia: Tromsø – gdzie fiordy jedzą z ręki?

  1. Piękne miejsce, z pewnością zostanie wpisane na listę miejsc, które muszę zobaczyć w swoim życiu. Dzięki za relację.

    Pozdrawiam,
    Kamil

  2. nie wiem, czemu, ale na tych Twoich zdjęciach zupełnie nie widać zimna 🙂 widoki są piękne! ja nie byłem na fiordach, jedyny, który widziałem na żywo, to Boka Kotorska (wiem, to tak naprawdę nie fiord, tylko rias – zalana dolina rzeczna)

  3. O, o… a ja myślałem, że zima się już skończyła, a Ty ziąbem zioniesz. Kiedy jednak widzę Ciebie w kapturze i szaliku w charakterystyczne wzory na tle fiordu, to od razu cieplej mi się na sercu robi. Wyglądasz odrobinę jak kobieta-selkie.

    1. Też mnie to dziwi, zwłaszcza że nie spodziewałbym się, że ktoś specjalnie taką krowę by potrącił. Z drugiej strony przypuszczam, że policja rzadko bywa w tej okolicy, więc kara to raczej teoria. Zakładam że tak jak inna zwierzyna płowa potrafią zgłupieć na widok świateł, a wtedy nieszczęście murowane.

      Kolega przysłał mi stamtąd kiedyś zdjęcie jak złapali leminga i od tego czasu marzę o tym samym. I tak by skoczył z klifu, więc równie dobrze mógłby mieszkać u mnie w kapturze, czy gdzie tam żyją małe kudłacze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *