Skip to main content

TOP 10: Przygody w podróży #3

Pierwsze Top 10 Przygód w podróży powstało w 2013 roku, kolejne zestawienie w 2015 a przez ostatnie 5 lat jakoś nie udało mi się napisać w tym cyklu nic nowego, co nie znaczy, że nie było przygód! Zabrakło raczej czasu, jednak w obecnej sytuacji izolacji czasu mamy pod dostatkiem, a w obliczu zerowej ilości wyjazdów w 2020, przy w miarę zdrowych zmysłach trzymają mnie właśnie wspomnienia. A te, jak wiadomo, najlepsze są wtedy, kiedy coś idzie niezgodnie z planem i zaczyna się improwizacja oraz spontaniczne ratowanie sytuacji. W tym tekście zebrałam dla Was 10 najciekawszych wspomnień z ostatnich 5 lat. Może niektóre moje przygody uchronią Was przed popełnieniem podobnych błędów, a może macie na koncie podobne akcje?

Dezerterki na Gozo

Podczas pobytu na Malcie we wrześniu 2015 roku postanowiłyśmy z moją przyjaciółką skorzystać z lokalnych wycieczek, żeby lepiej poznać największe atrakcje Malty i Gozo. To były jeszcze czas, kiedy na Gozo królowało Azure Window (zawaliło się w marcu 2017) i podczas całodziennej wycieczki na wyspę miałyśmy zobaczyć je, oraz inne ciekawe miejsca. Po przeprawieniu się promem od razu kierujemy się do głównej atrakcji, ku naszemu zaskoczeniu podjeżdżamy do prowizorycznego portu, gdzie wsiadamy na łódeczkę. Ok, a więc zaczynamy podziwianie Azure Window, w porządku, ale to nie na ten widok tak czekamy. Okazuje się, że po zakończeniu rejsiku, wracamy do busa i jedziemy dalej! A gdzie panorama Azure Window?! Jestem wściekła, ale nie mamy wyjścia, zaliczamy kolejne punkty programu, aż trafiamy do miejscowości, gdzie na koniec można zjeść lunch oraz poplażować ponad 2 godziny. Wtedy nam się ulewa, każemy się zawieźć z powrotem do stolicy Gozo, tam łapiemy autobus i wracamy do Dwejry, gdzie mieści się Azure Window. Z przewodnikiem umawiamy się już w porcie, przed powrotem na Matlę. Porządna sesja zdjęciowa dochodzi wreszcie do skutku i kolejnym autobusem wracamy przez stolicę do portu. Ostatecznie główny cel wycieczki został zrealizowany, ale mało brakowało! Czytaj więcej

Górami nad jezioro w Bośni i Hercegowinie

Kiedy wyjeżdżamy do Bośni i Hercegowiny w czerwcu 2016 roku, moje prawo jazdy nie ma jeszcze roku, ale od razu planujemy wynajem auta, bo atrakcje w okolicach Mostaru są dość trudno dostępne komunikacją publiczną. Bierzemy więc auto na jeden dzień, by zobaczyć Wodospady Kravica, Počitelj i klasztor derwiszów Blagaj. Przy tym ostatnim, podczas obiadu, dochodzimy do wniosku, że już zobaczyłyśmy z Anią wszystko z planu. Oglądamy więc mapę, i szybko zauważam jezioro na północ od Mostaru, szybka decyzja – jedziemy! Dopóki jesteśmy na głównej drodze, jest spoko. Ale jeden skręt w lewo i droga asfaltowa szybko ustępuje szutrowej, która w dodatku się wspina. Jakby tego było mało, zaczyna lać i grzmieć, jednym słowem robi się niewesoło. Moje umiejętności świeżego wciąż kierowcy zostają wystawione na próbę, ale stwierdzamy, że zajechałyśmy już tak daleko, że lepiej kontynuować, niż zawracać. I nagle wjeżdżamy na szczyt naszej góry, gdzie panorama zapiera dech w piersiach. Jesteśmy w Parku Przyrody Blidinje. Zaraz po szczycie, teren się wypłaszcza, a poszukiwane przez nas jezioro jest przepiękne, a panoramy po dopiero co skończonej burzy, rewelacyjne. Nauka na przyszłość? Sprawdź układ terenu, zanim zdecydujesz się wspinać na góry Skodą Fabią. Czytaj więcej

Przekraczanie lądowej granicy Jordania – Izrael

Po kilku dniach pobytu w Jordanii w styczniu 2019 roku miałam w planie przekroczenie granicy z Izraelem drogą lądową, by tam kontynuować moją bliskowschodnią przygodę. W tym celu, by załatwić to możliwe bezboleśnie, jeszcze przed wyjazdem kupiłam bilet na autobus z Ammanu do Jerozolimy z przejazdem przez granicę. O lądowym przejściu granicznym na Moście Króla Husseina (potocznie zwanym Mostem Allenby) między Jordanią i Izraelem słyszałam już takie straszne historie, że gdy przekraczanie tej właśnie granicy zaplanowałam jako element mojej podróży po Bliskim Wschodzie, byłam cała w nerwach. Głównym strachem było to, że przepytywać mogą wiele godzin, a i tak mogą nie wpuścić do Izraela, jeśli pojawi się choć niewielka wątpliwość. Od decyzji urzędników na granicy nie ma odwołania, odmowa jest ostateczna. Brzmi mało zachęcająco, prawda? Jakby tego było mało, to konkretne przejście graniczne jako jedyne dedykowane jest dla Palestyńczyków do przekraczania granicy izraelsko-jordańskiej. Dlatego tak mi zależało na bezpośrednim połączeniu, niestety na dobę przed odjazdem odwołano mój autobus, dowiedziałam się o tym mailowo, w drodze powrotnej z Petry do Ammanu. Na postoju udaje mi się poprosić sprzedawcę w centrum rękodzieła, żeby pomógł mi się dodzwonić do operatora autobusu i dowiedzieć co się stało. Jeśli na przykład odwołali autobus, bo zamknęli granicę (a z Izraelem nigdy nic nie wiadomo!), to nie ma co, wracam do Polski pierwszym samolotem. Jednak na infolinii zapewniają mnie, że to tylko problemy logistyczne, granica jest otwarta. Zatem potrzebny jest plan B. Udaje się zorganizować transport z Ammanu do granicy, za w miarę rozsądne pieniądze. Potem granicę muszę pokonać już sama, a po drugiej stronie złapię busika do Jerozolimy. Na granicy po stronie jordańskiej super miło, wszyscy uśmiechnięci, aż miło. Po stronie izraelskiej atmosfera gęstnieje, ale postanawiam do tego podejść z uśmiechem. Na szczęście jest nas zaledwie pięcioro, więc prześwietlenia bagażu idą sprawnie. Potem seria dość standardowych pytań u ponurej pani w okienku i bardzo proszę, zapraszamy!  Busik odjeżdża właściwie od razu i godzinę później jestem u celu. Wiem jednak, że miałam dużo szczęścia, bo mogło być naprawdę różnie! Czytaj więcej

Patrz pod nogi w Nowy Jorku

Przedostatni dzień w Nowym Jorku w październiku 2019 spędzam szwendając się po Brooklynie, po porannym zwiedzaniu Cmentarza Green Wood, jednego z najstarszych w Nowym Jorku. Zamiast wracać do domu na Manhattanie metrem stwierdzam, że przyjemniej będzie to zrobić promami na East River, szczególnie, że mieszkam przy jednej z przystani promu. Pomysł zacny, idę sobie grzecznie na Dumbo, skąd odpływają promy, i niefortunnie skręcam w nieznaną mi dotąd ulicę, Columbia Heights, która jest piekielnie stroma. Kiedy mijam kobitkę pchającą córkę na rowerku pod górę, cieszę się, że idę w dół. Do czasu, aż zagapię się na piękną panoramę Mostu Brooklińskiego i podwinie mi się noga w kostce, co przy tym nachyleniu okazuje się brutalne. Padam na kolana, kostka wygina się nienaturalnie i tylko dzięki parze nadchodzącej z naprzeciwka udaje mi się pozbierać i wstać, bo przy tym nachyleniu, gdyby nie oni samej mogłabym się co najwyżej sturlać. Ukochane spodnie podarte na kolanie, kostka pulsuje jak dzika, ale zagryzam zęby i kicam do promu. Zanim zasnę, kostka spuchnie 4-krotnie, o wycieczce do Williamsburga ostatniego dnia mogę zapomnieć. Rano zaopatruje się w niezbędne medykamenty w aptece na dole i kicam do Bryant Parku na spacer – jest taki piękny dzień! Zajmuje mi to prawie godzinę, kiedy normalnie byłabym tam w 15 minut! Nie ma co, trzeba skapitulować. Tego samego dnia wieczorem wracam do Polski, jestem najszczęśliwszą osobą, że kupiłam bezpośredni lot, może noga mi nie odpadnie. Na lotnisku próbują mnie wsadzić na wózek, ale przecież trzeba grać twardziela, odmawiam, tylko na pokład daje się wpuścić pierwsza. Ze skutkami borykam się poniekąd do dziś (marzec 2020), choć kostka nie była złamana. Nauczka jest taka, żeby patrzeć pod nogi. Zawsze! Czytaj więcej

Parkowanie w Andaluzji kosiarką do trawy

Zwiedzanie Algarve i Andaluzji we wrześniu 2017 roku zorganizowałyśmy z moją przyjaciółką Anią tak, żeby na miejscu wynająć auto i być niezależnymi. Jak zaplanowałyśmy, tak zrobiłyśmy, jednak nie przewidziałyśmy, że dostępne w hotelowej wypożyczalni auta będą puszkami z silnikiem od kosiarki do trawy. Hundai i10 ledwo był w stanie się rozpędzić na autostradzie, no, chyba że było z górki, wiele razy miałam śmierć w oczach na widok znaków, że będzie pod górę 10-15%. Jakby tego było mało, Hiszpania nie jest zbyt przyjemna jeśli chodzi o jazdę w mieście, przynajmniej nie dla kogoś, kto chciałby jeździć zgodnie z przepisami i z zachowaniem zdrowego rozsądku. W Sewilli parkowanie poszło nam gładko, wjechałam na pierwszy lepszy podziemny parking przed ścisłym centrum, jednak po południu, gdy dojechałyśmy do Cordoby, sprawy się skomplikowały. Apartament mamy na starym mieście więc kombinujemy, jak zaparkować blisko, ale wszędzie miejsca postojowe są na maksymalnie 2 godziny, w dodatku podjazdów pod górę tu co niemiara, a auto ledwo jedzie. Po pół godziny pełnej frustracji postanawiamy zostawić auto byle gdzie na te 2 godziny, zakwaterować się i zapytać w apartamencie o jakiś parking. Pomysł okazuje się przedni, bo pan na recepcji od razu wskazuje nam podziemny parking, bardzo blisko (który jakimś cudem nam umknął). Nauczone doświadczeniem, jeszcze w Cordobie piszemy maila do apartamentu w Grenadzie, żeby podpowiedzieli jak z parkingiem, by uniknąć drugi raz długiego szukania. Okazuje się, że mają taki, z którym współpracują, jak się okazuje, zjazd jest pionowo w dół, ale na nasze szczęście, zaraz po zjechaniu pan odbiera nam kluczyki i sam parkuje auto, na grubość lakieru z innymi. Przy opuszczaniu parkingu jest również tak miły i niepytany wyprowadza nam auto na powierzchnię. Sprzęgło śmierdzi jak ta lala. Nienawidzę parkowania w Andaluzji. Czytaj więcej

Zaporożcem na Tatew w Armenii

Uparłam się na finał wyjazdu do Armenii na klasztor Tatew, co to patrzy z każdej pocztówki i wyskakuje w Google na hasło Armenia. I nic to, że z Erywania to jakieś 180 km w jedną stronę! Ja muszę, bo ja się inaczej uduszę! Po drodze owce, krowy, konie, dziury, dziurzyska, szuter – wreszcie jesteśmy! No, prawie, bowiem do klasztoru dostajemy się z powietrza, to znaczy najdłuższą kolejką na świecie (tak mówią w Armenii, a ja powtarzam), i faktycznie – widoki obłędne i zadek urywają. Tego samego niestety już o samym klasztorze powiedzieć nie mogę, nie po tym, co już w tym cudownym kraju widziałam. Wszystko psuje tak naprawdę białe szmacisko osłaniające remont klasztoru. Nosz naprawdę! Ale myślę sobie, huk ze szmatą, nie po to obtłukłam sobie zadek na tych cholernych wertepach, zwanych często drogami międzynarodowymi, żebym ot tak miała się poddać! Co to, to nie! Łapię więc gościa od zaporożca tak starego, że obawiam się, czy damy radę w obie strony i prujemy na punkt widokowy, zanim ucieknie mi kolejka i zostanę tu na zawsze. I chyba to z tej całej przygody tego dnia było najlepsze! Auto lub raczej to, co z niego zostało odpalane na kabelki co kilkanaście metrów. Ale widok już z góry na Tatev, mimo remontu klasztoru, obłędny! Powrót do Erywania zajął nam 4,5 godziny, na koniec od tych dziur i wertepów czuję się tak, jakby mnie co najmniej po tym asfalcie wleczono. Nie żałuję jednak, przygoda życia! Czytaj więcej 

Najdroższe tankowanie w Toskanii

Na cały pobyt w Toskanii w 2018 roku wynajmujemy auto, bo na luzie dotrzeć do każdej wioski i każdego punktu widokowego ze słynnych toskańskich pocztówek. Idzie nam jak po sznurku, cały pobyt auto się grzecznie sprawuje, aż w Pitigliano postanawiamy zatankować, bo już zbliżamy się do rezerwy. Stacja samoobsługowa, automat gdzie wkłada się kartę albo gotówkę i tankuje. Jak trudne to może być? Wysiadam więc, pakuje do automatu 50€, ale dystrybutor nie zwalnia blokady z węża. Odkrywamy, że jakimś cudem stajemy nie po tej stronie, Anka więc przestawia auto. Dalej nic. Zapomniałam dodać, że jesteśmy przed obiadem, co oznacza, że mój poziom wściekłości eskaluje od 0 do 10 w 2 minuty. Telefon alarmowy na automacie nie działa, obsługi brak. Miotam przekleństwami jak dzika, ale za nic nie udaje nam się zatankować. Po 20 minutach postanawiamy spisać tylko namiary na tę stację i jechać dalej, nic nie osiągniemy. Po facecie, który tankował z naszego dystrybutora, biorę jego, jak mi się wydaje paragon, z danymi stacji i odjeżdżamy. Po powrocie do Polski postanawiam napisać reklamację, znajduję stronę stacji i wyciągam zmięty paragon, na którym doczytuje się, że to jest mój paragon, potwierdzający, że włożyłam 50€, zatankowałam za 0€, do zwrotu należy mi się 50€! I ten świstek jest podstawą do tego zwrotu! I faktycznie, kilka maili później zwracają mi pieniądze! I pomyśleć, że mało brakowało, a bym ten świstek zupełnie olała. Czytaj więcej

Wszędzie pod górę na Maderze

Od kiedy mam prawo jazdy i regularnie wynajmuje samochody na wyjazdach, mam wrażenie, że większość przygód wiąże się z nimi właśnie. Na Maderze jeszcze przed wyjazdem zarezerwowałam i wpłaciłam zaliczkę za auto na kilka dni. Wybrałam odbiór z lotniska, bo było połowę tańszy niż w mieście. Szkoda, że nie doczytałam, że nie uwzględnia opłaty lotniskowej, co na koniec dnia wyniosło podobnie jak wynajem w mieście. W dodatku pani w wypożyczalni robiła wszystko, żeby z nas zedrzeć za pełne ubezpieczenie, choć już je teoretycznie miałyśmy od pośrednika. Koniec końców musiałam skapitulować, reklamacją zajmę się później. Mamy auto, Seata Ibizę, podobnie jak w Andaluzji z silnikiem 0.9 l, czyli taka kosiarka do trawy. Na Maderze, gdzie 90% dróg jest pod górę lub pionowo w górę, to istny dramat. Nie wiem, czy choć raz wrzuciłam 5 bieg, przeważnie orałam pod górę na jedynce, w dobrych warunkach na dwójce. Każdy kolejny dzień planuję, oglądając mapy terenu i pytając znajomych, którzy byli na Maderze, czy dam radę gdzieś wjechać. Jakby tego było mało, na Maderze na trasie wiecznie są tunele, w których nawigacja trafi zasięg, a zaraz za tunelem jest rondo, gdzie trzeba podejmować decyzję co do kierunku jazdy. Jeździmy więc często w kółko, żeby nawigacja odzyskała kontakt z bazą. Jeśli ktoś mnie pyta o wspomnienia z Madery, to pierwsze z nich to te cholerne podjazdy pod górę i walka z kosiarką, tfu! Samochodem. Czytaj więcej

Leniwa buła w Tropei

Pięć dni w Kalabrii we wrześniu 2019 roku miało być właśnie spędzone w Kalabrii, całym regionie Włoch, który kryje wiele pięknych miejsc. Za bazę wypadową posłużyła Tropea, ale też nie chciałam niczego planować na sztywno, bo ten wyjazd miał być w gatunku slow. Po dotarciu do Tropei, do mojego wypasionego apartamentu, powoli zaczęłam sprawdzać jak dojechać w pozostałe fajne miejsca w Kalabrii. W końcu mam w Tropei stację kolejową, co może pójść nie tak? Otóż okazało się, a nie sprawdziłam tego wcześniej, że wszystkie pociągi do innych atrakcji Kalabrii prowadzą z Lamezia Terme, skąd przyjechałam po przylocie z Polski. Czyli za każdym razem jakbym chciała pojechać dalej niż Tropea, musiałabym się wrócić do Lamezia Terme prawie godzinę w jedną stronę. No nie. Nie podczas wyjazdu w stylu slow, dolce vita i tak dalej. Ostatecznie więc wybyczyłam się w Tropei za wszystkie czasy, nie wyściubiając nosa z tej pięknej, nadmorskiej miejscowości, wcinając tony lodów i włoskich potraw. Niczego nie żałuję!

Trekking w Patagonii

Niedawno wspominałam spacer do raflezji w malezyjskiej dżungli w 2011 roku, który okazał się totalnym trekkingiem, podczas którego prawie wyzionęłam ducha. I naprawdę nie spodziewałam się, że po tym wszystkim, co się wtedy w tej dżungli wydarzyło, powtórzę ten błąd i wybiorę się na hardcorowy trekking, kiedy jestem zwykłym korposzczurem bez kondycji. Ale jednak! Bo kiedy koleżanka opisuje go tak: trasa ma 10 km w jedną stronę. 9 km idzie gładko, ostatni kilometr daje w kość. Zatem przez te 9 km spodziewałam się drogi jak do Morskiego Oka, a na koniec trochę wysiłku. Jakież było nasze zdziwienie, że szlak od początku wystrzelił w górę na 400 m, potem na 700 m, by ustabilizować się na długo, zanim zacznie się pionowa (nie przesadzam) ściana. To ten ostatni kilometr, to “trochę wysiłku” a ja, jak zwykle w takich chwilach staje się wierząca. I choć widok jest obłędny a Laguna de los Tres to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałam, to wizja powrotu jest przerażająca. Całość zajęła nam 29 kilometrów i ponad 9 godzin. Nic z tej trasy nie szło gładko, a dotarłam z powrotem do pensjonatu napędzana tylko chęcią mordu na wspomnianej wcześniej koleżance. I to nie tak, że żałuję, bo pewnie gdybym wiedziała co mnie czeka, to bym się jeszcze nie zdecydowała, a widoki były faktycznie warte tej ceny. Czytaj więcej

Jak podobają Ci się moje przygody? Zdarzyły Ci się podobne wpadki? Daj znać w komentarzu! A jeśli spodobał Ci się ten wpis i uznasz go za wartościowy, będzie mi miło, jeżeli podzielisz się nim z innymi korzystając z kolorowych przycisków poniżej. Dziękuję!

Zapraszam Cię również na mój fan page na Facebooku Kto podróżuje ten żyje dwa razy, skąd dowiesz się gdzie aktualnie jestem i dokąd się wybieram. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.